Ale kino+
Kino Mówi: Lipiec
Blog. CENA EMANCYPACJI
10 lipca 2017 r.

CENA EMANCYPACJI

CENA EMANCYPACJI

Clara, bohaterka poprzednio opisywanego przeze mnie „Aquariusa”, walczy, żeby mieć święty spokój. Katherine z debiutu Williama Oldroyda „Lady M.” (czyli Lady Makbet) też chciałaby mieć święty spokój. Ponieważ jednak żyje w innych czasach i innych okolicznościach niż Clara, musi najpierw wszystkich pozabijać.

Wbrew pozorom, film Oldroyda nie jest kolejną przeróbką dramatu Szekspira, lecz adaptacją noweli rosyjskiego pisarza, Mikołaja Leskowa znanej w Polsce jako „Powiatowa lady Makbet”. Leskow napisał ją w roku 1864, natomiast w 1934 Dmitrij Szostakowicz skomponował na kanwie tego opowiadania, graną do dzisiaj, operę. Mało kto jednak pamięta, że pierwszej dźwiękowej kinowej adaptacji „Powiatowej lady Makbet” dokonał… Andrzej Wajda w roku 1962. Film to tak dalece zapomniany, iż pominięto go nawet w rozlicznych tekstach żałobnych, które ukazały się po niedawnej śmierci reżysera. Próżno także szukać „Lady” w dziełach zebranych Wajdy wydanych na DVD przez PISF.

Skąd wynika to lekceważenie okazywane wielce interesującej ekranizacji ze znakomitą rolą Olivery Marković? Nie wiem. Może wynika ono z faktu, że Wajda nakręcił „Powiatową…” u „obcych”, w nieistniejącej już Jugosławii? A może bierze się stąd, że trudno ten film wpisać w narodowy, historiozoficzny nurt jego twórczości (choć z pewnością łatwo go wpisać w jego zainteresowanie literaturą rosyjską)? A może przyczyna tkwi w tym, że to jeden z niewielu filmów Wajdy przyjmujący kobiecą perspektywę? Z pełnokrwistą bohaterką, odmiennej od modliszek z „Polowania na muchy”, „męskiej” Agnieszki z „Człowieka z marmuru” czy wyidealizowanych fantomów z cudnych skądinąd „Panien z Wilka”, które na dodatek były – jak wiadomo z biografii Jarosława Iwaszkiewicza – „zastępczymi” chłopcami?

Jakiekolwiek są przyczyny tego zaniedbania, spróbujcie się dogrzebać do „Powiatowej lady Makbet”, bo to niewątpliwie inny Wajda. Wajda, rzekłby, protofeministyczny. Oldroyd w swojej adaptacji Leskowa przeniósł akcję do Anglii lat 60. XIX wieku. Zamiast błota i chamska rosyjskiej prowincji, pokazuje wichrowe równiny i zimne, eleganckie okrucieństwo. Trochę jak w starym, szowinistycznym dowcipie: czym się różnią Anglicy od Rosjan? Anglicy mają maniery, a Rosjanie manierki. Ale i owe maniery skrywają system oparty na poniżeniu i przemocy. Patriarchalnej, klasowej, rasowej… Tyle że poniżenie przybiera czasami formy bardziej wyrafinowane niż na swojskim Wschodzie. Owszem, teść walnie Catherine w twarz, a służącej będzie kazała chodzić na czworakach (bo jest „jak zwierzę”), głównie jednak sączy z kamienną miną umoralniające kazania. Jego gadka może zresztą stanowić punkt wyjścia do sążnistego eseju o cnocie kobieciej jako zawiasie, na którym wisi cała kultura (nie tylko) judeochrześcijańska. Od wieków wpaja nam się przekonanie, że jak on puści, to i kultura puści, a świat ulegnie zagładzie.

Sam film natomiast jest po angielsku powściągliwy, tak w warstwie dialogowej, wizualnej, jak i narracyjnej. Statyczne, starannie zakomponowane, pozbawione muzyki kadry nie tracą nic z chłodnego dystansu nawet podczas aktów seksu i zbrodni. Kamera przyjmuje punkt widzenia obserwatora, który ani nie daje się ponieść emocjom, ani nie zamierza osądzać tego, co widzi. Dynamicznym zaś kontrapunktem dla tego wykwintnego „domu złego” sporadycznie stają się szumiące, niczym u Emily Brontë, trzęsawiska, po których spaceruje – mimo surowych napomnień panów domu – Catherine.

Walka toczy się tu o władzę i jest to, jak najdosłowniej, walka na śmierć i życie, tyle że napędzają ją nie emocje, lecz wyrachowanie i pełna świadomość tak metod, jak i celów, do których się dąży. Catherine, sprzedana przez rodzinę na żonę razem z jakimiś nieużytkami, chce panować przynajmniej na terenie posiadłości, na którą skazał ją społeczny układ. I to chce panować na własnych warunkach. Trudno jej nie kibicować, nawet jeśli dąży do tego celu po trupach.

Oldroyd dość wiernie podąża za fabułą opowiadania Leskowa, przez dłuższą chwilę wydaje się więc, że Catherine jest ofiarą namiętności do jurnego, przystojnego sługi – stajennego o imieniu Sebastian. Dopuszcza się zbrodni w imię tego uczucia. Ale zakończenie, zupełnie inne niż u rosyjskiego pisarza, zmienia całkowicie perspektywę i odsłania kolejną warstwą ukrytą za fasadą pozorów. W hierarchicznym, klasowym społeczeństwie znajdzie się ktoś, kto stoi niżej, kto ma od nas jeszcze mniej praw i z kogo można uczynić kozła ofiarnego.

Przewrotny epilog, w którym silnie zaakcentowany zostaje wątek rasowy (już zresztą wcześniej jasne jest, że Sebastian to wariacja na temat „Cygana” Heathcliffa ze wspomnianych „Wichrowych wzgórz” Brontë), nadaje kostiumowej ekranizacji bardzo aktualne brzmienie. To lady Makbet, która obejrzała „Grindhouse”, tyle że budżet i możliwości rewanżu ma znacznie skromniejsze. Oldroyd wydaje się twórcą odpornym na pokusy melodramatycznej epiki ubranej w gustowne stroje. Zdaje sobie sprawę, że emancypacja ma swoją cenę i niekoniecznie jest to cena miłości.

Lady M. (Lady Mackbeth). Reżyseria William Oldroyd. Wlk. Brytania 2016. Dystrybucja w Polsce M2 Films. Czas 89 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 1199 razy

POZOSTAŁE WPISY

NIE CZYTASZ? TRAFISZ DO FILMU!
Długo się zastanawiałem, o czym napisać w tych gorących dniach, gdy rzeczywistość przyćmiła nawet premierę „Dunkierki” Nolana. Postanowiłem wreszcie, że muszę być wierny (bo czasy mamy patetyczne) tytułowi... WIĘCEJ
24 lipca 2017 r.
ZDEFINIUJ "TO"!
Krytycy filmowi podobno są od tego, by wskazywać zdezorientowanym widzom drogę do właściwej sali kinowej. Ale skąd sami krytycy mają wiedzieć, jakie filmy należy obejrzeć? Jak to skąd?! Z Facebooka! Dzisiaj wieści dobre,... WIĘCEJ
17 lipca 2017 r.
STAWKA WIĘKSZA NIŻ LAJK
Zamierzałem napisać o dokumencie Firasa Fayyada, „Ostatni z Aleppo”, ale są takie filmy, które wytrącają krytykowi pióro z ręki, czy też raczej, w obecnych czasach, blokują mu klawiaturę. Chodzi z grubsza o... WIĘCEJ
30 czerwca 2017 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane