Czego nie widać - blog Bartka Żurawieckiego

fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

EDEK ZWYCIĘZCA

23 stycznia 2012 r.

Co łączy dwa filmy pokazywane aktualnie w polskich kinach -„Musimy porozmawiać o Kevinie” i „Rzeź”? Z pewnością John C. Reilly i chomik. Reilly w obu dziełach rolę ma podobną - grubo ciosanego tatusia, który cieszy się z przypływów testosteronu u swego syna. W filmie Lynne Ramsay osobiście kupuje potomkowi łuk, a żonie każe iść się leczyć, gdy ta zaczyna podejrzewać Kevina o niecne uczynki. U Polańskiego natomiast granego przez aktora sprzedawcę sprzętu AGD dumą napawa fakt, że jego syn jest szefem gangu i potrafi dołożyć różnym zniewieściałym paniczom.

Chomik z kolei pokazany został w wymienionych filmach jako niewinna ofiara buty (i buta) rasy panów, czyli ludzi. Dlaczego ze wszystkich zwierząt twórcy wybrali akurat chomika? Pewnie dlatego, że niby waleczny gryzoń, a w gruncie rzeczy bezbronny słabeusz zdany na łaskę i niełaskę człowieka.

Bo też oba filmy można uznać za krytykę słabości postawy liberalnej - tej oświeconej (a nawet światłej), pełnej tolerancji (a nawet akceptacji), tudzież empatii, zrozumienia, współczucia, wątpliwości, dobrych manier i szerokich horyzontów. Są te filmy niczym wariacje na tematy z „Tanga” Mrożka. My tu sobie pitu pitu o sztuce i zachodnich wartościach, a światem i tak rządzą Edki. Niektórych Edków wręcz hodujemy na własnym łonie! To może trzeba samemu Edkiem się stać miast dzielić włos na czworo i dywagować o różnicach kulturowych? Nie od dziś uważam, że zachodnia klasa średnia powinna pomieszkać czas jakiś w Polsce (komunistycznej albo i postkomunistycznej, nie taka znowu wielka różnica), a rozmaite cywilizowane iluzje szybko by jej z głowy wywietrzały. A jakby nie wywietrzały, to by się je wybiło. Zresztą, skoro „Rzeź” wyreżyserował z Polski pochodzący Roman Polański, niewykluczone, że tego typu przesłanie jest gdzieś tam w dziele ukryte.

Śmiech mnie pusty ogarnia, gdy słyszę, dobiegające zewsząd, interpretacje „Musimy porozmawiać o Kevinie” w duchu macierzyńskich stereotypów i pism kobiecych. Chłopak stał się zły, bo matka go za mało kochała. Za to tatuś kochał go aż nadto. I co? Jeśli coś można zarzucić granej (świetnie!) przez Tildę Swinton Evie to nie deficyt pieszczot, lecz pasywność, defensywność, wręcz paraliżujący strach przed własnym synem (z feministycznej perspektywy patrząc, jest to też strach przed patriarchatem, przed zakwestionowaniem męskiej dominacji). Znane nam filmy o psychopatach nieodmiennie wskazywały jako źródło ich dewiacji ciężkie dzieciństwo - delikwenci byli przez swoich rodziców czy opiekunów bici, molestowani, wykorzystywani seksualnie etc. Tymczasem Ramsey bierze pod lupę tzw. wychowanie bezstresowe. Nie dość, że Kevinowi na niczym nie zbywa w sensie materialnym, to jeszcze nikt na niego nie krzyczy, nie podnosi ręki, nikt mu nic nie każe. Na pierwsze oznaki złego zachowania syna Eva reaguje wycofaniem się, bezsilnością, bezradnością. Coś już podejrzewa, coś już budzi jej niepokój, ale przecież to tylko dziecko, któremu pewnie nie daje tyle miłości, ile trzeba, stąd jego wybryki - taką przynajmniej wykładnię podsuwa małżonek, nader w stosunku do syna pobłażliwy (z filmu wynika, choć wątek ten został ledwie naszkicowany, że Eva pisuje książki podróżnicze, często wyjeżdża z domu, może więc mieć wyrzuty sumienia, że zaniedbuje rodzinę). Gdy jednak bohaterka zabiera nastoletniego już Kevina na kolację, także ustępuje mu pola. To chłopak zaczyna ją atakować, ona zaś w milczeniu zajada sałatkę i popija winem.

Twórcy sugerują zarazem, że - stresowo czy bezstresowo - i tak wszystko na nic, bowiem Kevin jest złem wcielonym. Zdają sobie jednocześnie sprawę, że pachnie taka konkluzja banałem, toteż ujmują ją w cudzysłów konwencji. „Musimy porozmawiać o Kevinie” to dalszy ciąg „Dziecka Rosemary” - Eva urodziła syna szatana i co tu teraz z nim począć. Cokolwiek biedaczka uczyni, jest skazana na porażkę, gdyż pomiot diabelski musi, z definicji, czynić zło. Zgodnie z konserwatywnym wzorcem, z którym film sobie igra, szatan dorwał kobietę podczas wyuzdanej fiesty, hiszpańskiej bitwy na pomidory. Eva - nie przypadkiem przecież nosząca imię pierwszej niewiasty na Ziemi - ponosi konsekwencje nadmiernej swobody i folgowania cielesnym pokusom. Niewykluczone również, że Kevin realnie nie istnieje. Stanowi jedynie projekcję wszystkich koszmarów i lęków macierzyństwa. Jak się zresztą okazało, także dystrybutorzy promują film Ramsey poprzez nawiązania do arcydzieła Polańskiego. Plakat „Kevina” przedstawia płód z różkami i ogonkiem.

A co na to sam Polański? Choć wybrał tym razem inną, lżejszą konwencję i w jego filmie motorem akcji są dzieci, ale to rodzice mają problem. Próbując w cywilizowany sposób załatwić sprawę bójki między pociechami, wpadają w pułapkę konwenansu i hipokryzji. Tak naprawdę też woleliby wziąć się za łby i wyzwać się od najgorszych. Chowają za dobrymi obyczajami (kobiety zwłaszcza) swoje frustracje, brak poczucia własnej wartości, niespełnienie etc. Lecz w końcu wyjdzie szydło z worka.

Powiem Wam w sekrecie (gdyż po przeczytaniu wiernopoddańczych recenzji polskich krytyków z filmu Polańskiego boję się rzezi a la Kevin), że twórca „Chinatown” mnie rozczarował. Bo cóż nam w swym nowym dziele proponuje? Gładki „smoltok”, który przekształca się w pyskówki (chwilami zresztą zagrane przez kwartet aktorów z niepotrzebną szarżą). Zaś katalizatorem prawdy czyni alkohol. Też odkrycie, że po kilku głębszych ludzie stają się… autentyczniejsi! Mnie by raczej interesowało, co będzie, jak bohaterowie wytrzeźwieją. Wrócą do swych nieszczerych uśmiechów? Dalej będą serwować kawę z szarlotką? A może jednak nic już nie będzie takie same?

Zostawmy nowojorskie apartamenty i zastanówmy się, jak taka sytuacja wyglądałaby (wygląda) w Polsce. Po pierwsze, rzecz nie nazywałaby się „Rzeź”, tylko „Rzeźnik”. Po drugie, nikt by się w Wersal nie bawił. Starzy najpierw by na siebie nawrzeszczeli, potem dali sobie po mordzie, a następnie - owszem - napiliby się razem wódki i wspólnie odśpiewali „Góralu, czy ci nie żal” oraz „Boże, coś Polskę”.

Niedawno rozmawiałem ze znajomą o hipokryzji w naszej ojczyźnie. Ma interlokutorka ucięła dyskusję słowami: „Polacy są zbyt wielkimi chamami, by być hipokrytami’. Coś w tym, kurwa, jest!

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 600 razy

Tagi:

#Gość_ewa
20.04.2012

Mnie również rozczarowała "Rzeź", a jako matka 2 potencjalnych Kevinów -;) mam identyczne spostrzezenia wychowawcze: defensywa to fatalny pomysł w kontakcie z dzieckiem.


Bartosz Żurawiecki
24.01.2012

Zapewne ma Pan rację.

#Gość_mtek
23.01.2012

W woli jasności... Kevin nie dostał kuszy, a łuk! i to nie był chomik, tylko świnka morska...

#Gość_skrawkikina
23.01.2012

dokładnie o tym samym pomyślałam oglądając "Rzeź" - Reilly w takiej samej roli :)

nick:  
treść:  
kod z   obrazka: