Czego nie widać - blog Bartka Żurawieckiego

fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

GDZIE TA REWOLUCJA?

11 lutego 2012 r.

Festiwal w Berlinie rozpoczął się w nastroju schyłkowym. „Żegnaj, moja królowo” w reżyserii Benoit Jacquota - film otwarcia, a zarazem jeden z kandydatów do Złotego Niedźwiedzia - zaczyna się pamiętnego 14 lipca 1789 roku w Wersalu. Nic się jeszcze nie stało. Maria Antonina (Diane Kruger) wyleguje się w łóżku, wokół niej biegają damy dworu, w tym i główna bohaterka, zakochana w królowej Sidonia Laborde (Lea Seydoux), której zadaniem jest zabawiać władczynię czytaniem literatury pięknej. Dopiero następnego poranka rozniosą się plotki o zdobyciu Bastylii.

Rozgrywający się w ciągu kilku dni film Jacquota chwyta ten moment przejściowy dziejów, kiedy właściwie już wiadomo, że coś się definitywnie skończyło, ale nikt nie chce w to jeszcze uwierzyć. Powoli a nieubłaganie narasta panika, a jakże dotąd ustabilizowanym życiem dworu wstrząsa „seria niefortunnych zdarzeń”. Ktoś kradnie zegar, ktoś inny się wiesza, co bardziej wrażliwi arystokraci mdleją albo szykują się do ucieczki. Lubię takie klimaty (w kinie, bo na co dzień to nie za bardzo), szkoda tylko, że najsłabiej - sztucznie i teatralnie, nawet jeśli przyjąć, że Wersal był jednym wielkim teatrem - wypada w „Królowej…” wątek kobiecych afektów (Sidonii do Marii, Marii do Gabrieli), przez co film jest raczej do oglądania niż do przeżywania.

Tym niemniej, to na razie najlepsza rzecz, jaka nam się przytrafiła w konkursie. Dwa pozostałe dzieła dotąd pokazane zbyć można milczeniem „Dzisiaj” Alaina Gomisa sadzi się na alegorię (mam alergię na alegorię) ludzkiego losu, z której człowiek taki morał wyniesie, że rodzimy się, przechodzimy przez życie i umieramy (doprawdy?). Tytuł ten trafił do konkursu w ramach wypełniania parytetów kontynentalnych, rozgrywa się bowiem w Senegalu, czyli reprezentuje dyskryminowaną Afrykę (szkoda, że nic nam o niej nie mówi).

Jakie natomiast usprawiedliwienie znaleźć dla obecności w konkursie francuskiego „A moi seule” (co przetłumaczyłbym „Sama ze sobą”) Frederica Videau, nie wiem i wiedzieć nie chcę. Reżyser - opowiadając o relacjach między porywaczem a uwięzioną przez niego dziewczyną - sili się na tzw. niekonwencjonalną psychologią, pudłuje jednak iście koncertowo. Film jest od początku do końca niewiarygodny i pretensjonalny. Niewiarygodnie pretensjonalny.

Istnieje obawa, że konkurs znowu się okaże najsłabszym elementem Berlinale. Rewolucji nie będzie. Albo też, jak u Jacquota, rozgrywa się ona poza kadrem, z dala od cieplutkich sal berlińskich multipleksów. Chwałę tego nowego przewrotu próbuje głosić Tony Gatlif w swym paradokumencie „Oburzeni” - zestawia w nim m.in. zdjęcia arabskiej wiosny z obrazami protestów, które przeszły ostatnio przez zachodni świat. To film-manifest, film-plakat. Prawdę mówiąc, nie widziałem takowego od lat 60. ubiegłego wieku. Coś jednak temu Gatlifowi, zbijającemu kapitał festiwalowy na antykapitalistycznych nastrojach, nie ufam. Może dlatego, ze przez półtorej godziny skanduje w kółko te same hasła. Raczej więc nudzi niż porywa do działania czy choćby protestowania.

Z jeszcze większym zblazowaniem przyjąłem film „Sponsoring” polskiej reprezentantki na Berlinale, Małgośki Szumowskiej. Mimo kontrowersyjnego (ha! ha!) tematu prostytucji i jednej sceny pissingu rzecz ani ziębi, ani grzeje. Wszystko przez fałszywą symetrię (przypominam, że symetria jest estetyką głupców) między uporządkowanym, nudnym światem pani dziennikarki granej przez Juliette Binoche a wyuzdaną, perwersyjną krainą zamieszkaną przez dziwki i ich klientów. Nie wierzę, żeby nad Sekwaną, gdzie dokazywał Markiz de Sade i gdzie wymyślono francuską miłość, jakakolwiek burżujka a) ekscytowała się poczynaniami pracownic seksualnych b) frustrowała się z powodu wygaśnięcia małżeńskiego pożycia. Tuszę, iż bohaterka Binoche czytała „Panią Bovary” i wie, co czynią znudzone, zaniedbywane żony - znajdują sobie kochanka.

Po tych pretensjach i półprawdach z prawdziwą rozkoszą obejrzałem, pokazywany w sekcji „Panorama”, wietnamski film Vu Ngoc Danga o bardzo długim tytule oryginalnym i znacznie krótszym angielskim „Lost in Paradaise” („Zagubieni w raju”). Tym rajem w cudzysłowie jest współczesny Sajgon (aktualnie Ho Chi Minh), który wreszcie sprostał potocznemu polskiemu znaczeniu swojej dawnej nazwy. Bo czegóż tutaj nie ma? Jest i miłość dwóch chłopców - czystych, gładkich (wydepilowanych?), pięknych jak z obrazka mimo trudów życia, z których jeden się prostytuuje, i odwzajemnione uczucie „wariata” do kaczki. Film to trochę romantyczny, trochę dydaktyczny, trochę wzruszający i trochę nader śmieszny. W dodatku kręcony na jakiejś postkomunistycznej taśmie (czyżby Orwo?), przez co wygląda niczym z lat 70. lub 80., co tylko dodaje mu uroku. Po takie właśnie widoki warto przyjeżdżać do Berlina.

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 263 razy

Tagi:

nick:  
treść:  
kod z   obrazka: