Ale kino+
Hinterland 3
Blog. GŁOŚNIEJ NAD TĄ TRUMNĄ!
20 marca 2017 r.

GŁOŚNIEJ NAD TĄ TRUMNĄ!

GŁOŚNIEJ NAD TĄ TRUMNĄ! Uwaga! Tekst zawiera spojlery.

Film „Captain Fantastic” można potraktować jako podzwonne dla kontrkultury. Albo jako próbę obmyślenia strategii w sytuacji, gdy system dawno już pożarł rebelię i wcale mu ona nie zaszkodziła. Przeciwnie, ma się znakomicie, znakomiciej niż kiedykolwiek. Można też uznać dzieło Matta Rossa za krytykę (niezbyt dotkliwą, prawdę powiedziawszy) patriarchalnych narowów, których nie wyzbyły się antysystemowe ruchy. Wojowniczy ojciec i mędrzec - połączenie mięśni, intelektu i antykapitalistycznej retoryki - zagrany błyskotliwie przez Viggo Mortensena (nominacja do Oscara) nie odbiega przecież zbyt daleko od stereotypowego wizerunku wodza. Przywódcy stada (w tym wypadku, stadka dzieci), guru, apostoła dobrej nowiny…

W każdym razie, „Captain Fantastic” to rzecz zrobiona inteligentnie, a chwilami bardzo zabawna. Choć także po amerykańsku zbaczająca pod koniec w stronę sentymentów, tudzież zachowawczej prorodzinnej apologii. Tyle że rodzina tutaj nieco odmienna niż ta, którą znamy z imienin u cioci.

Ben chowa szóstkę swoich dzieciaków w leśnej głuszy. Nie posyła ich do szkół, osobiście udziela im lekcji z przedmiotów rozmaitych, dzięki czemu są znaczenie lepiej wykształcone niż rówieśnicy bezmyślnie wkuwający formułki z podręczników. Pociechy same muszą też zdobywać jedzenie; film zaczyna się sceną rytuału przejścia, gdy najstarszy syn, Bodevan, podrzyna własnoręcznie gardło jeleniowi. Ta rodzinna komuna stanowi połączenie wspólnoty plemiennej z alternatywnym uniwersytetem. O wszystkim mówi się tu otwarcie, nie ma tematów tabu. Najmłodszym Ben wyjaśnia kwestie związane z seksem i Holocaustem, można zresztą chodzić nago (byle nie podczas posiłków) i głośno kląć na korporacyjnych drani, którzy rządzą światem. Tyle że kontakt z tym światem jest mocno ograniczony.

Zamiast Bożego Narodzenia familia świętuje urodziny Noama Chomsky’ego, bo lepiej czcić „żyjącego dobroczyńcę ludzkości niż fikcyjnego elfa”. Ten pomysł absolutnie mnie zachwycił i namawiam, by przenieść go na polski grunt. Co prawda, Chomsky jest u nas postacią za mało popularną, rodzimych żyjących lewicowych dobroczyńców też niełatwo byłoby znaleźć, ale dlaczego nie zacząć świętować urodzin np. Tadeusza Boya-Żeleńskiego? I z tej okazji dawać sobie prezenty (np. każdego roku jeden tom przetłumaczonej przez niego klasyki powieści).

Nie da się jednak ukryć, że Ben kieruje swoją trzódką żelazną ręką. Wolność anarchią, ale dyscyplina musi być. Owszem, jest też matka. A raczej była, bowiem dowiadujemy się w prologu, że właśnie popełniła w szpitalu samobójstwo. Ponoć dlatego, że chorowała na schizofrenię. Z dalszej części filmu wynika atoli, że najprawdopodobniej nie mogła już wytrzymać napięcia między presją swej obrzydliwie majętnej, republikańskiej rodziny a leśnym rewolucyjnym rygorem, jaki narzucił jej mąż.

Ben z dzieciakami wsiada w wesoły autobus i rusza w drogę, by odbić ciało kobiety. Rodzice przejęli jej trupa i postanowili pochować go po bożemu, zgodnie z katolickimi rytuałami. Tymczasem Leslie praktykowała buddyzm i zażyczyła sobie w testamencie kremacji oraz spuszczenia swoich prochów w pierwszej lepszej toalecie. Zderzenie „porządnych” Amerykanów, „tych cholernych faszystów”, obnoszących się z bogactwem, wielbiących broń palną i głosujących na Trumpa, z hipisowską „hałastrą” jest na ekranie głównym źródłem komizmu i zarazem konfliktu, ukazanego bez satyrycznych uproszczeń, z niejakim dystansem wobec obu oponentów.

Koniec końców jednak, Ross wyraźnie staje po stronie ducha wolności, tyle że wskazuje na jego błędy i wypaczenia (takie jak ów patriarchalny autorytaryzm czy też zabijanie niewinnych stworzeń; nic to, że głównie w celach żywieniowych, a nie dla rozrywki). Zakończenie może nieco za bardzo zmierza w kierunku rozsądnego złotego środka, tym niemniej film warto zobaczyć chociażby dla fantastycznej sceny wykradania trumny. Ja też tak chcę, jeśli po śmierci rodzinie uda się mnie upupić!

Ciekawe skądinąd, że idylliczne zakończenie „Kapitana…” zbieżne jest z epilogiem „Pokotu”. To jednak, co w opowieści Tokarczuk/ Holland wygląda jak bajka albo marzenie ściętej przez rodaków głowy, w amerykańskim kontekście wypada całkiem prawdopodobnie. Przebija bowiem przez film Rossa pochwała indywidualizmu i pewności własnych poglądów. Może i Ameryka się faszyzuje, ale wciąż jest w niej wystarczająco dużo przestrzeni dla różnych plemion. Gdy dochodzi do ich spotkania przy jednym stole, żadne z nich nie odpuszcza. Mamy więc słowne, a i fizyczne starcia różnych ideologii i stylów życia. Czyli zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie przed rodzinnymi uroczystościami nawet najwięksi chojracy zdejmują piercingi, zakrywają tatuaże, pastują buty, przyczesują niepoprawne fryzury i idą do spowiedzi. W kościele nikt nie przerwie księdzu bełkotliwego kazania, zaś przy stole rozmawia się wyłącznie o dolegliwościach zdrowotnych i niedawno zakupionej zmywarce do naczyń. Choć podobno ostatnio dochodzi czasami do kłótni w temacie „PiS czy PO”. Zawsze jednak pełna wewnętrznego napięcia pani domu rzuci się bohatersko z kurczakiem albo ciastem, by zakryć pęczniejące antagonizmy. No i znowu jest miło.

Dlatego też polecam „Kapitana Fantastycznego” jako cenną lekcję lewicowej asertywności. Następnym razem, przy niedzielnym obiadku stańmy okoniem, względnie kością w wąskim rodzinnym gardle.

Captain Fantastic. Reż. Matt Ross. USA 2016. Dystrybucja UIP. Czas 118’

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 2480 razy

POZOSTAŁE WPISY

CZEGO NIE SŁYCHAĆ
Mój przyjaciel statystował ostatnio na planie pewnego serialu. Jego opowieść zaiste mną wstrząsnęła, zwłaszcza gdy podał kwotę, jaką otrzymał za cały dzień pracy (od szóstej rano do ósmej wieczorem). Apetyt zaś straciłem... WIĘCEJ
23 czerwca 2017 r.
O WSTAWANIU Z ŁÓŻKA
Nic mnie tak nie irytuje w filmach jak wstawanie z łóżka. To znaczy, owszem, są rzeczy, które irytują mnie równie mocno – np. gdy bohaterowie udają się w dalekie podróże z lekką walizeczką, w której najwyraźniej... WIĘCEJ
19 czerwca 2017 r.
KRÓLOWA PSZCZÓŁ
Uwaga! Tekst zawiera spojlery! Film Johna Maddena to tour de force Jessiki Chastain, czego zresztą łatwo się domyślić już po tytule dzieła – zarówno angielskim, jak i polskim. W oryginale brzmi on po prostu... WIĘCEJ
9 czerwca 2017 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane