Czego nie widać - blog Bartka Żurawieckiego
fot. Iwona El Tanbouli-JabłońskaI TWOJĄ MATKĘ TEŻ!
18 lutego 2012 r.
Konkursowa część 62. festiwalu w Berlinie dobiegła końca. Werdykt poznamy w sobotę wieczorem. Jaki był konkurs w tym roku? Przeciętny z tendencją do słabego, niestety. Jak co roku, niestety. Wygląda na to, że kryteria doboru pretendentów do Złotego Niedźwiedzia nie uległy zmianie. Niestety. Nadal prym wiodą niemieckie produkcje i koprodukcje. Nadal obowiązują biznesowo-towarzyskie układy (marny film z zaprzyjaźnionej Francji czy Hiszpanii ma pierwszeństwo przed znacznie ciekawszym tytułem z mniej znaczącego kraju Europy) i polityczna poprawność (obowiązkowo musi być coś z Afryki i różnych krajów azjatyckich, ale też jakieś amerykańskie produkcje, by ściągnąć na festiwal gwiazdy). Nadal w imię źle pojętej różnorodności wstawia się obok dzieł zaangażowanych niekoniecznie porywające thrillery czy produkcje kostiumowe.
Jest jak jest. Tak właśnie wygląda Berlinale, już się zdążyłem do tego przyzwyczaić. Tutaj temat ma większe znaczenie niż wykonanie, tutaj widać jak na dłoni mody i konwencje tzw. kina artystycznego - te, które zapewniają poklask i festiwalowy obieg. Piszę to wszystko z przekąsem, ale także z zazdrością, że organizatorzy imprezy i twórcy pokazywanych tu filmów potrafią żywo reagować na to, co się aktualnie dzieje na świecie, podczas gdy nasze zapóźnione w rozwoju kino dopiero odkrywa Holocaust. I dlatego jesteśmy na jednym z najważniejszych światowych festiwali, w dodatku rozgrywającym się tuż za naszą granicą, obecni marginalnie.
Jak co roku więc szukam w Berlinale raczej „toposów” niż arcydzieł. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze - arcydzieła to burżuazyjny przeżytek dla panien z dobrych domów. Filmy na Berlinale są jedynie elementem jakiegoś większego kontekstu politycznego, społecznego, kulturowego. Także, niestety (które już niestety w moim tekście?) towarzyskiego. Nad tą kwestią bym zwłaszcza popracował, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie.
Cokolwiek mówić, Berlinale to chyba jedyny tak znaczący festiwal na świecie, gdzie można zobaczyć np. queerowo-lesbijsko-artystowskie porno, w którym córka posuwa matkę za pomocą sztucznego penisa („Mommy is comming” Cheryl Dunye), jak również poruszający, zrealizowany bez wsparcia finansowego publicznych czy prywatnych instytucji, z poczucia obywatelskiego i ludzkiego obowiązku dokument o neonazistach w Niemczech i Europie („Krew musi płynąć” Petera Ohlendorfa - występujący w tym filmie dziennikarz od 10 lat w przebraniu rejestruje ukrytą kamerą faszystowskie koncerty).
Jak wspomniałem w poprzedniej relacji, głównym motywem tegorocznego konkursu Berlinale były cierpiące dzieci. Nic się pod tym względem nie zmieniło do ostatnich projekcji. Cierpi Komona z filmu „Rebelle” („Buntowniczka”, angielski tytuł „War Witch” - „Wojenna wiedźma”) Kima Nguyena, porwana z wioski przez partyzantów walczących w Kongo. Pierwszą rzeczą, do jakiej zostaje zmuszona, to zastrzelenie własnych rodziców. Kolejne dziecko wojny, które w wieku 14 lat ma na swoim koncie więcej potwornych doświadczeń niż ktokolwiek z nas, obywateli nudnej Europy.
Drobna korekta. Straszne rzeczy dzieją się także w „Csak a szel” („To tylko wiatr”) Bence’a Fliegaufa nawiązującym do niedawnych ataków na obywateli pochodzenia romskiego, jakie zdarzyły się na Węgrzech. I znów medium reżysera są dzieci - brat i siostra żyjący w domu pod lasem. To najlepszy film konkursu. Zamknięty w obrębie jednego dnia - od porannego przebudzenia po nocny spoczynek - świetnie oddaje atmosferę strachu, nieufności, wzajemnej wrogości. Kamera, która niczym prześladowca, nie odstępuje bohaterów na krok, rejestruje m.in. tyradę policjanta przekonującego, że nie warto marnować naboi na porządnych Cyganów, skoro tylu dookoła nieporządnych. Nie zdziwiłbym się, gdyby Fliegauf (jego wcześniejsze „Łono” można jeszcze gdzieś dorwać w polskich kinach) zgarnął główne trofeum. Argumentem na rzecz takiego rozstrzygnięcia jest nie tylko jakość dzieła, ale również obecna sytuacja polityczna na Węgrzech zdominowanych przez ksenofobię i nacjonalizm.
Chłopak przeżywający złe uczynki swoich rodziców pojawia się w dętym niemieckim filmie „Gnade” („Łaska”) Matthiasa Glasnera. Rozgrywająca się wśród fiordów Norwegii opowieść dręczy widzów rozterkami państwa, którzy mają na sumienie śmierć nastolatki (następna małoletnia ofiara). Reżyser nie przepuszcza żadnej okazji, by dać nam do zrozumienia, że porusza najistotniejsze kwestie etyczne (ach te panoramy z lotu ptaka!, ten Absolut przyglądający nam się w milczeniu!). Oglądałem kiedyś dokument o tłumaczce na niemiecki prozy Dostojewskiego. W jednej ze scen bohaterka mówiła o różnicach językowych, posługując się jako przykładem właśnie słowem „łaska”. Niemieckie „gnade” brzmi, według niej, „jak materac”. I takim materacem uwierającym w tyłek jest film Glasnera.
Lepiej z niemieckich propozycji wypadła zręcznie rozegrana psychodrama Hansa-Christiana Schmida „Was bleibt” („To, co pozostaje”), gdzie rodzinny konflikt w łonie zamożnych mieszczan wywołuje decyzja matki o odstawieniu leków na depresję. Cóż, każdy ma takie problemy, na jakie go stać. Film Schmida skierował jednak moją uwagę na kolejny temat, często pojawiający się na festiwalowym ekranie: starość. Starość zbędną, niepotrzebną, dla której nie ma miejsca w dzisiejszej, sterroryzowanej młodością kulturze, ale też starość apodyktyczną i nieustępliwą. Łączy się z tym odwieczna zaiste kwestie konfliktu pokoleń i obciążenia tradycją (chińska „Równina Białego Jelenia” Wanga Quan’ana, amerykański „Samochód Jayne Mansfield” Billy’ego Boba Thorntona). Można także rozszerzyć tę kwestię na starość systemu, który musi umrzeć, ale przedłuża swoją agonię, do końca broni przywilejów swych elit. „Królewski romans” Nikolaja Arcela opowiada o tym momencie w historii Danii, gdy zaczęła się liberalizacja kraju. W 1768 roku trafił na dwór królewski niemiecki lekarz Johann Friedrich Struensee (Mads Mikkelsen), wyznawca idei wolnomyślicielskich i oświeceniowych. Wpływ, jaki miał na króla Christiana VII, sprawił, że zaczęto błyskawicznie wprowadzać - w państwie trzymanym dotąd w okowach przez arystokrację i Kościół - iście rewolucyjne prawa. Fascynującą historię Struenseego opisał m.in. Per Olov Endquist w swej znakomitej powieści „Wizyta królewskiego konsyliarza”. Trochę szkoda, że film poszedł w stronę konwencjonalnego kostiumowego romansu.
Starość ludzka i systemowa łączy się w dokumencie (pokazywanym w sekcji Panorama) „Detlev” Stefana Westerwellego i Jana Rothsteina. To jedna z najlepszych rzeczy, jakie widziałem na Berlinale. Portret bezkompromisowego gejowskiego aktywisty z lat 70., Detleva Stoffela (urządzał demonstracje, happeningi, prowokacje, wodził rej w homoseksualnej komunie), dzisiaj sześćdziesięcioletniego emeryta mieszkającego razem z dziewięćdziesięcioletnią matką, z którą pozostaje w relacjach miłosno-nienawistnych. Spojrzenie z nostalgią na niegdysiejsze zrywy, protesty i rebelie stanowiło zresztą temat niejednego dokumentu (patrz także np. „Vito” Jeffreya Schwarza).
To nie są czasy rewolucji? To nie jest kraj dla starych ludzi? Owszem, ale tylko do pewnego stopnia, zważywszy na opiekę, jaką otaczają swych seniorów Niemcy. Taka mnie się nasuwa refleksja po „Detlevie”, że radykalne idee najbujniej rozkwitają w państwach posiadających świetny system socjalny. Człowiek robi rewolucję, bo wie, że państwo nie da mu zginąć. Ma zapewniony wikt, opierunek i godziwą emeryturę. Teraz już rozumiem, dlaczego w Polsce aktywizm wygląda tak mizernie.
Bartosz Żurawiecki
www.cyfraplus.pl | www.canalplus.pl | www.planeteplus.pl | www.domoplus.pl | www.kuchniaplus.pl
www.miniminiplus.pl | www.teletoonplus.pl | www.hyperplus.pl | www.canalpluscyfrowy.pl
CANAL+ Cyfrowy Sp. z o.o., al. gen. W. Sikorskiego 9, 02-758 Warszawa,
Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy XII Wydział Gospodarczy KRS 0000051835
NIP: 526-22-46-271, kapitał zakładowy 300.000.000 zł











