Ale kino+
Doktor Foster
Blog. KALKO-MANIA
9 października 2017 r.

KALKO-MANIA

KALKO-MANIA

Biedny Vincent! Malował, malował i nic z tego nie miał, za to po śmierci stał się najbardziej dochodowym artystą świata i świetnie rozpoznawalnym "brandem". Ale co mu po tym teraz, powiedzcie sami? To inni zbijają fortunę na jego twórczości. Albo wydają fortunę, kupując na aukcjach za niebotyczne miliony kolejne wersje "Słoneczników" (cytat z Wikipedii: "Słoneczniki uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego"). Vincent może jedynie przewracać się w grobie, względnie straszyć nas w snach swym odciętym uchem. Nie sądzę zresztą, by akurat kasa była głównym powodem jego pogrobowych mąk. Chęć do życia musi mu raczej odbierać fakt, że stał się uosobieniem "dobrego" drobnomieszczańskiego gustu. Reprodukcje wspomnianych "Słoneczników" wiszą dzisiaj koło meblościanek i półek z IKEI (zdaje się, że sama IKEA owe reprodukcje produkuje). Tak, też mam kubek z Van Goghiem bez ucha i "mousepada" z "Pokojem artysty". Myszkuję sobie po nim moją myszką.

Filmów o Vincencie powstał cały legion. Niektóre z nich nawet swego czasu wydały mi się interesujące. Np. niestandardowa biografia autorstwa Maurice’a Pialata czy mini-serial Roberta Altmana, „Vincent i Theo”, skupiający się na relacjach malarza z bratem. Większość jednak z tych dzieł niebezpiecznie zbliża się do granicy egzaltowanego kiczu, ślepo zapatrzona w „dramatyczny” życiorys bohatera.

Jak na tym tle wypada „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana, czyli polsko-angielska, pełnometrażowa animacja, której rodzimi pianobijcy już przyznali Oscara? Ambicją twórców było wprowadzić w ruch obrazy Van Gogha i do tego celu zatrudnili ponad 120 malarzy z całego świata. Informacja o skali przedsięwzięcia otwiera film, choć np. mnie jako widza nic nie obchodzi, czy przy filmie pracowały 3 czy 3333 osoby. Jakość bowiem w nikłym stopniu zależy od ilości. W każdym razie, ta chełpliwa statystyka działa jak szantaż artystyczny, a i poniekąd moralny. „Patrzcie, jak żeśmy się naharowali!” – powiadają na wstępie twórcy i co biedny widz ma na to powiedzieć. Przecież nie będzie deprecjonował ciężkiej roboty.

Dane te również od razu kładą akcent na wyczynowość, co nijak się ma do malarstwa Van Gogha – kameralnego, intymnego, tworzonego w samotności i bez rozgłosu. Tu zresztą dotykamy skomplikowanej kwestii „ożywiania” na ekranie malarstwa (tak jakby malarstwo było z założenia martwe; ano nie jest, nawet martwe natury nie są martwe). Upraszczając sprawę, jestem przeciw. W przypadku Van Gogha zwłaszcza jestem przeciw, gdyż próbował on uchwycić i zatrzymać na płótnie wizję, stan, moment. Falowanie zbóż, kapryśną grę chmur, zryw ptaków, chimeryczny układ kolorów etc. Gdyby mu zależało na żwawych atrakcjach, to by się zatrudnił w lunaparku. Prawdę mówiąc, „Twój Vincent” przypomina mi, popularne w czasach mojego dzieciństwa, jarmarczne trójwymiarowe pocztówki (choć sam nie został zrobiony w 3D), które wystarczyło odrobinę poruszyć, by pani zamrugała oczkiem (czy nawet zdjęła stanik), a Matka Boska uroniła łzę bolesną. Film Kobieli i Welchmana wywołuje podobny efekt „łoł!”.

Przede wszystkim jednak nie rozumiem, jaki jest sens kopiowania w pocie czoła twórczości artysty osobnego i nowatorskiego. Po co zatrudniać setki niewątpliwie utalentowanych ludzi i kazać im robić kalkomanię? Postulowałbym, aby jednak rewolucjonistów (nawet tak cichych jak Van Gogh) nie przerabiać na konserwę. Hołd można im oddać jedynie tworząc dzieło oryginalne w wyrazie czy wręcz idące w poprzek estetyki mistrza. Naprawdę nie było Wam szkoda czasu i talentu na imitatorstwo?

Ten sam zarzut – powielania tego, co już wielokrotnie zostało powielone – odnieść można także do fabuły dzieła. Po śmierci Vincenta Armand Roulin, syn listonosza, dostaje od ojca zadanie doręczenia ostatniego listu Van Gogha do brata. Poznaje po drodze różnych ludzi, którzy – niczym w „Obywatelu Kane” – stopniowo odsłaniają mu prawdę o artyście, jego życiu, śmierci i twórczości. Przez chwilę pojawia się hipoteza, że malarz nie popełnił samobójstwa, lecz został postrzelony, szybko jednak narracja wraca na oficjalne tory. Szkoda, bo gdyby autorzy udowodnili, że Van Gogha zabił np. gang Gauguina, byłoby przynajmniej zabawnie. A tak, pozostajemy na poziomie faktów z Wikipedii i frazesów o artyście wrażliwym a niezrozumianym, wyjątkowym a wyśmiewanym, prześladowanym przez wyrostków i piętnowanym przez dewotki. No, te klisze są jednak w nieco już przebrzmiałym drobnomieszczańskim guście.

Ale też „Twój Vincent” niechcący (?) wpisuje się w pewną ogólną prawidłowość. Artyści i inni buntownicy wykończeni przez filistrów są potem często dla owych filistrów źródłem niekończących się zysków - zarówno materialnych, jak i symbolicznych. Dobrze o tym pamiętać, gdy bierzemy się za kogoś tak bezlitośnie eksploatowanego jak Vincent Van Gogh. Spektakularny banał, jakim jest „Twój Vincent”, niestety tę eksploatację jedynie pogłębia.

Twój Vincent (Loving Vincent). Reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman. Polska-Wlk. Brytania 2017. Dystrybucja Next Film. 88’

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 683 razy

POZOSTAŁE WPISY

Litość i trwoga
Każdemu, komu wydaje się, że zawód krytyka to takie hop-siup, sama rozkosz i Karaiby, zalecam obejrzenie dzień do dniu filmów "Botoks" i "Dwie korony". Mnie właśnie spotkał ten los i teraz na Karaibach siedzi mój... WIĘCEJ
20 października 2017 r.
BIERZCIE I JEDZCIE!
Uwaga! Tekst zawiera spojlery. Proszę bardzo! Ledwo co napisałem przy okazji filmu "The Square", że w cywilizowanych, zachodnich społeczeństwach instynkty nie mają się gdzie podziać, a już obrzucono nas... WIĘCEJ
2 października 2017 r.
INSTYNKT W PREZERWATYWIE
U Rubena Östlunda najbardziej lubię spojrzenia dzieci, które obserwują kompromitację dorosłych. Są zażenowane. Spuszczają wzrok i wbijają go w ziemię. Milczą. Bo co mogą powiedzieć, gdy wali się w gruzy rodzicielski... WIĘCEJ
25 września 2017 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane