Czego nie widać - blog Bartka Żurawieckiego
fot. Iwona El Tanbouli-JabłońskaKAŻDY POTRZEBUJE ODROBINY MM
7 lutego 2012 r.
Odnoszę wrażenie, że Marilyn Monroe ma - jak kotka - kilka żyć. Teoretycznie zmarła w wieku zaledwie 36 lat i to przed pół wiekiem, ale wciąż wychodzą na jaw nowe fakty i rewelacje z jej biografii, pojawiają się wspomnienia kolejnych kochanków, przyjaciół i lekarzy, odkrywane są nieznane dotąd zdjęcia i zapiski. Może więc Marilyn - niczym Elvis - żyje? Może tylko, zmęczona sławą i wizerunkiem seksownej blondyny, sfingowała własną śmierć i teraz, zza kulis, steruje swym PR-em, podsyca nieustająco zainteresowanie swą personą? Tyle już powstało (i wciąż powstaje) filmów, książek, spektakli o Monroe, a nikt jeszcze nie wpadł na ten prosty pomysł (choć ponoć jest jakiś horror Mastertona wokół takiej idei osnuty, muszę więc po niego sięgnąć). Pewnie dlatego, że dobra Marilyn to martwa Marilyn. Taka, na której da się wykonywać różne mitotwórcze, nekrofilskie harce. Gdyby się okazało, że Norma Jeane Baker jednak dożywa swoich dni, wklepując krem przeciwzmarszczkowy i robiąc na drutach w fotelu bujanym, sensacja ta zabiłaby Marilyn Monroe znacznie skuteczniej niż tabletki nasenne czy też agenci JFK.
Dwukrotnie nominowany do Oscara film Simona Curtisa „Mój tydzień z Marilyn”, który od piątku gości w naszych kinach, powstał na podstawie autobiograficznej książki Colina Clarka (w tej roli Eddie Redmayne, którego, nota bene, możecie też zobaczyć w ale kino+ w „Uwikłanych”). Autor, jako dwudziestotrzyletni żółtodziób, załapał się do firmy produkcyjnej sir Laurence’a Oliviera, która przygotowywała się właśnie do realizacji komedii „Książe i aktoreczka” z udziałem właśnie MM. Colinowi przypadła nader podrzędna funkcja trzeciego asystenta reżysera („przynieś, wynieś, pozamiataj”), ale -niespodziewanie - nie tylko został zauważony przez amerykańską gwiazdę, lecz w dodatku zdobył jej zaufanie i stał się jej powiernikiem. Monroe źle się czuła na obcej ziemi (a gdzie ona w ogóle czuła się dobrze?). Przechodziła kolejne kryzysy, doprowadzała współpracowników i ekipę do białej gorączki, notorycznie spóźniając się na plan lub w ogóle się na nim nie pojawiając, zapominając tekstu, myląc kwestie, zwracając się z wszelkimi pytaniami zawodowymi nie do Oliviera, lecz do nieodstępującej jej na krok Pauli Strasberg i robiąc mnóstwo innych irytujących rzeczy, na które żalił się nie jeden próbujący z nią pracować reżyser.
Zresztą, obraz Marilyn, jaki wyłania się z „Mojego tygodnia…”, nie jest specjalnie odkrywczy. Clark i Curtis nie dobudowują aktorce nowych mitów, raczej eksploatują te obiegowe. A więc, była to dziewczyna zagubiona i niepewna siebie. Tęskniła za „prawdziwym” domem, bo w dzieciństwie tułała się po rodzinach zastępczych i sierocińcach. Pragnęła mieć dzieci, a nie mogła. Odgrywała przed ludźmi seksbombę, lecz w głębi duszy pozostała prostą, zwyczajną, wrażliwą istotą. Jednocześnie, nie potrafiła albo też nie chciała wyrwać się ze złotej klatki, porzucić blichtru, wycofać się w domowe zacisze (co w pewnym momencie ponoć zaproponował jej Clark) i gotować tam obiadki dla męża. Marylin jest w tym filmie dokładnie taka, jak się Państwu - szerokiej publiczności - zdaje.
Grająca ją Michelle Williams nie próbuje, na szczęście, imitować sexappealu MM. Powtarza tylko kilka jej gestów i póz, spod których wydobywa owe wymienione wyżej „autentyczne” cechy i zachowania. Jest Williams sympatyczna i na swój sposób urocza, ale Sandra Korzeniak jako Marilyn w spektaklu Krystiana Lupy „Persona” była znacznie bardziej frapująca (niezależnie nawet od pewnej bełkotliwości samego przedstawienia). Michelle gra stereotyp (zaledwie dualistyczny - gwiazda versus „zwykła” kobieta), Korzeniak natomiast - fantazmat Marilyn Monroe: wielowymiarowy, wielokształtny, wymykający się prostym kategoriom.
Najciekawsze są w filmie motywy poboczne, pojawiające się trochę mimochodem i szybko porzucane, by nie mącić nostalgicznej, sentymentalnej atmosfery filmu. Chociażby ten: Kenneth Branagh jako Laurence Olivier, mający w Wielkiej Brytanii status Pana Boga, mówi w pewnym momencie, że widzi w oczach bogini MM odbicie własnych niedoskonałości i nadciągającej starości. I tak ma szczęście - może powtórzyć rolę, którą stworzył w scenicznej wersji „Księcia i aktoreczki”. Jego żona, Vivien Leigh jest już na zagranie „aktoreczki” - brutalnie rzecz ujmując - za stara. Bolesny to wątek, zwłaszcza, jeśli uświadomimy sobie, że niedługo potem Olivier porzuci Vivien dla dużo młodszej Joan Ploawright, a „Scarlett O’Hara” pogrąży się w chorobie psychicznej.
Pojawia się też w „Moim tygodniu…” wyraźna sugestia, że Marilyn, mimo depresji i załamań, była osobą raz, że doskonale świadomą swych powabów, dwa - potrafiącą za ich pomocą manipulować ludźmi. Przykładem grany przez Dominika Coopera agent, którego uwiodła i porzuciła. I ten wątek ginie gdzieś pod słodkościami filmu, ale warto go mieć w pamięci. Z kolei, przyjaciela, z którym byłem w kinie, najbardziej poruszył przypadek Lucy (Emma Watson) - dziewczyny z działu kostiumów zapraszanej przez Colina na randki dopóty, dopóki nie pojawi się na horyzoncie atrakcyjniejsza oferta. „Czy Lucy mu wybaczyła?” - zapytał mnie ów przyjaciel po seansie. Film jednak na ten temat milczy.
„Mój tydzień z Marylin” to rzecz nie tyle o MM (bo, jako się rzekło, niczego nowego o niej nie mówi), co o tym, że każdy, w młodym wieku, powinien przeżyć flirt ze swoim idolem/ swoją idolką. To jak spełniona bajka i zimny prysznic jednocześnie. Magiczne urzeczywistnienie dziecięcych marzeń i wyzbycie się złudzeń. Rytuał przejścia w surowy świat dorosłych.
Czy historia opowiedziana w filmie zdarzyła się naprawdę? Czy Colina i Monroe połączyło to, co pokazano na ekranie? A może połączyło więcej, a może nic ich łączyło? Nieważne, teraz i tak już do tego nie dojdziemy. Fabuła „Mojego tygodnia…” stanowi poniekąd odwrócenie „Księcia i aktoreczki”. Tam prosta dziewczyna wkracza na pałacowe salony, tutaj trzeci asystent reżysera ląduje w domu największej gwiazdy kina. Ale nie dajmy się zwieść pozorom - Colin nie trafia do branży filmowej z ulicy. Dostaje pracę u Oliviera w dużej mierze dzięki koneksjom. Pochodzi bowiem z zamożnej, dobrze sytuowanej i ustosunkowanej rodziny.
Jak napisałem wyżej - każdy potrzebuje odrobiny MM, by pomyślnie rozwijać swą karierę (i mieć co sprzedawać potem w książce wspomnieniowej). Niestety, wielu z nas muszą wystarczyć… MMS-y słane spod czerwonego dywanu festiwalu w Gdyni.
Bartosz Żurawiecki
www.cyfraplus.pl | www.canalplus.pl | www.planeteplus.pl | www.domoplus.pl | www.kuchniaplus.pl
www.miniminiplus.pl | www.teletoonplus.pl | www.hyperplus.pl | www.canalpluscyfrowy.pl
CANAL+ Cyfrowy Sp. z o.o., al. gen. W. Sikorskiego 9, 02-758 Warszawa,
Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy XII Wydział Gospodarczy KRS 0000051835
NIP: 526-22-46-271, kapitał zakładowy 300.000.000 zł











