Ale kino+
Kino Mówi
Blog. NIEDŹWIEDŹ W KAŁUŻY
16 maja 2017 r.

NIEDŹWIEDŹ W KAŁUŻY

NIEDŹWIEDŹ W KAŁUŻY

Obawiam się, że polski dystrybutor najnowszego filmu Bruna Dumonta niechcący podsumował to dzieło, dając mu tytuł „Martwe wody”. Oj tak, dowcip jest tutaj martwy i wodnisty. Reżyser próbuje rozlać go szeroką strugą, ale udaje mu się utworzyć jedynie mętną kałużę, w której – z zapałem godnym lepszej zabawy – taplają się aktorzy.

Wygląda na to, że Dumont porzucił (chwilowo?) ponure moralizowanie i zwrócił się na dobre w stronę groteski. Elementy składowe jego świata nie uległy jednak zasadniczej zmianie. Twarze naturszczyków - posępne, wyrzeźbione przez wiatr, wpisane w suche i skaliste krajobrazy wybrzeża Morza Północnego – znowu skonfrontowane zostały z gładką fizjonomią ludzi miejskich, paryskich, których grają tym razem znani aktorzy (Binoche, Luchini, Bruni-Tedeschi). Instynkty rozsadzają kulturę, uparte milczenie zderza się ze scenami rozgadanymi i pozbawionymi puenty. Dumont korzysta w „Martwych wodach” z różnych konwencji – slapsticku, czarnej komedii, kostiumowej przypowiastki (akcja rozgrywa się na początku XX wieku, chociaż równie dobrze mogłaby się rozgrywać kiedykolwiek), thrillera.. – ale nie dba o to, by którejś z nich dochować wierności. Sączy własną opowieść. Zaczyna się ona od przyjazdu jaśniepaństwa do letniej wilii w stylu ptolemejskim. Isabelle (Valeria Bruni-Tedeschi) wykrzykuje w słoneczny pejzaż: „Jak cudownie! Jak malowniczo!”, podczas gdy miejscowi wieśniacy, bez cienia uśmiechu na licu, zbierają na kolanach mule, które zostawił odpływ. Za chwilę okaże się, że są oni ludojadami obżerającymi się mięsem z naiwnych dam i dżentelmenów.

To obiecujący punkt wyjścia, po którym jednak film grzęźnie na bagnach i za nic w świecie nie chce wzlecieć, choć niektóre dramatis personae i owszem, jak najdosłowniej latają. Ale im bardziej one wznoszą się w powietrze, tym bardziej dzieło zapada się pod własnym ciężarem. Komedia wymaga błyskotliwości, lekkości i dobrego tempa. O ile przebłyski błyskotliwości błyszczą tutaj czasami na ogólnie matowym tle, o tyle lekkości i tempa brak absolutnie. Dumont łapę ma jak niedźwiedź i porusza się równie zgrabnie. Do jego wcześniejszych, niedźwiedziowatych dramatów ten wdzięk nawet pasował, ale do wykonania piruetów absurdu zdecydowanie nie wystarcza.

Aktorzy grający wyższe sfery gną się, machają rękami, przewracają oczami i generalnie, niemiłosiernie szarżują (zwłaszcza Luchini i Binoche), co ma, jak rozumiem, kontrastować z kamiennym obliczem ludu. Przez moment wydaje się więc, że Dumontowi chodzi o coś w rodzaju Gombrowiczowskich pojedynków na miny i gęby. Plebs ma gęby, że ja cię przepraszam, natomiast elita potrafi wyłącznie strzelać miny. To kolejny ciekawy pomysł i kolejny niewypał „Martwych wód”.

Jest ich jeszcze kilka. Pojawia się na przykład wątek queerowy – dziewczyna przebierająca się za chłopca, a może chłopiec przebierający się za dziewczynę (udany debiut aktorski Raph). Ambiwalentnie brzmi już oryginalny tytuł filmu, zarazem imię jednego z bohaterów, członka rodziny kanibali – „Ma Loute”. „Loute” to bowiem słowo odnoszące się do dziewczynek i staruszek. „Moja dzidzia” – tak bym więc chałupniczo przetłumaczył imię dryblasa o końskiej twarzy i odstających uszach. W nim właśnie zakocha się „trans”. Czy postać grana przez Raph jest kimś, kto zaciera ścisłe granice klasowe, kulturowe, płciowe? Przekracza tę, jakże płytką w czasie odpływu i głęboką w czasie przypływu, rzeczkę oddzielającą jeden świat od drugiego?

Być może. Inny trop wiedzie w kierunku wewnątrzkapitalistycznej walki między kanibalizmem a kazirodztwem. Biedni jedzą ludzkie mięso, bo są biedni i dyszą żądzą odwetu, natomiast bogaci budują swoją potęgę, gżąc się we własnym gronie, co w jednej ze scen wykłada komisarzowi policji pan Van Peteghem (Fabrice Luchini).

To wszystko z pozoru wygląda smakowicie, ale nie sposób się tym nasycić. Poza bowiem ociężałą narracją Dumont grzeszy też narcyzmem i brakiem samokontroli. Rozrzuca ileś tam wątków, które donikąd nie prowadzą i szybko giną na horyzoncie. Surrealizm też powinien mieć swoją wewnętrzną logikę, choćby nie wiadomo jak absurdalną. A tu zamiast struktury mamy wrak statku wyrzucony na brzeg. Skądinąd, bardzo ładnie wyglądający w kadrze.

Ktoś jednak może odwrócić moją metaforykę i powiedzieć, że „Martwe wody” to dzieło otwarte niczym Morze Północne. Bardzo proszę – zanurzajcie się w jego falach i szukajcie pereł na dnie. Ja posiedzę na brzegu, bo i tak nie umiem pływać.

Martwe wody (Ma Loute). Reżyseria Bruno Dumont. Francja-Niemcy-Belgia 2016. Dystrybucja Gutek Film. Czas 122 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 1482 razy

POZOSTAŁE WPISY

HORROR W SOBOTNIM MULTIPLEKSIE
Krytyk filmowy jest człowiekiem oderwanym od rzeczywistości, gdyż zna ją głównie z ekranu. A w dodatku poznaje ją w okolicznościach nieco odmiennych niż tzw. zwykli widzowie. Czyli, na przykład, nie wieczorem, po pracy,... WIĘCEJ
8 maja 2017 r.
I WYBAW NAS OD KLISZ
Podczas gdy cały Internet powtarza z przejęciem słowo „hygge”, które oznacza ponoć „duńską sztukę szczęścia”, duńscy twórcy kryminałów konsekwentnie tworzą dzieła nie mające nic wspólnego z... WIĘCEJ
30 kwietnia 2017 r.
MDŁY SMAK MŁODOŚCI
California mon amour - śmieszne niebo, co nie zna chmur./ California mon amour - kodakowy sen filmowych róż. Zdaje się, że kiedyś już cytowałem ten przebój zespołu Dwa Plus Jeden z roku 1977. Ale cytuję ponownie, gdyż... WIĘCEJ
25 kwietnia 2017 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane