Ale kino+
Kino Mówi: Zagubieni
Blog. OUTSIDERZY, ŁĄCZCIE SIĘ!
10 listopada 2017 r.

OUTSIDERZY, ŁĄCZCIE SIĘ!

Outsiderzy, łączcie się!

Czyżby polskie kino doznało ideowego przebudzenia? Lepiej późno niż wcale, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że pewne rzeczy jednak nasza kinematografia przespała. Co więcej, ten nagły zryw społeczny i polityczny nie wynika bezpośrednio ze światopoglądu naszych twórców, lecz jest ich reakcją raz na obecną sytuację w Polsce, dwa – na filmową ofensywę wyklętych świętoszków, wywrzaskujących swoją „Historia rojeń” (sorry, Roja) i ściskających nam głowy „Dwiema koronami”. Taka to już specyfika rodzimych awangard, że dopóki ktoś artystów nie popieści prądem, dopóty taplają się oni po mieszczańsku w ciepłej wodzie „uniwersalnych” mądrości i „odwiecznych” prawd uświęconych papieskim (no, teraz to już raczej tylko biskupim) błogosławieństwem.

Wyzłośliwiam się, a jakże!, ale ileż to razy słyszałem - gdy tu i ówdzie sugerowałem, by nasi twórcy podnieśli nieco swą świadomość i zaczęli się lepiej orientować w procesach zachodzących w świecie - że polityka to komuna z socrealizmem, a te wszystkie feminizmy, antyklerykalizmy, wegetarianizmy i gendery są ekstremą gorszą od faszyzmu. My zaś jesteśmy od nich mądrzejsi mądrością mędrków pichcących od wieków bigos, wciąż wedle tego samego przepisu. W efekcie więc polskie kino w nadmiernych ilościach wypuszczało parafialne filmy o „zwykłych ludziach”, popijających wódeczkę z proboszczem i pragnących jedynie świętego spokoju, tudzież dobrotliwe satyry na kapitalistów ze słomą w butach. Aż się okazało, że ta słoma kłuje nas bardziej niż byliśmy skłonni przyznać.

Tak jak w polskiej polityce, tak i w polskim kinie narracje narzucali nam konserwatyści (w zdecydowanie zaściankowym tego słowa znaczeniu) - cała reszta zaś podskakiwała, gdy ją mocniej dźgnęli w tę czy inną część ciała. Czy ów trend da się odwrócić? Obawiam się, że w obecnym kontekście politycznym będzie to bardzo trudne, ale też wiadomo, że Polak najlepiej czuje się w opozycji. Toteż z satysfakcją odnotowuję, że polscy twórcy filmowi stali się odrobinę bardziej niegrzeczni. Vide chociażby „Pokot” Agnieszki Holland, który nawet pobudził pewne środowiska do pisania listów protestacyjnych. A niech piszą!

Owszem, można się zastanawiać, czy ostrość widzenia nie niesie ze sobą plakatowych uproszczeń albo co zrobić, by ideologia nie zniszczyła wieloznaczności, która jest pożądanym elementem dzieła sztuki. Wolę jednak takie dyskusje od nieustannego poklepywania się po łydkach i banalnych westchnień nad polskim losem.

Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem jest nowy film Andrzeja Jakimowskiego, „Pewnego razu w listopadzie”. Jakimowski dotąd znany był z tego, że nawoływał raczej, żeby zmrużyć oczy niż je szeroko otworzyć. Tymczasem w najnowszym dziele pokazuje, że można pogodzić postawę outsidera nie tylko z krytyczną oceną rzeczywistości, ale także z aktywizmem. Bohaterami „Pewnego razu…” są matka i syn wyrzuceni z mieszkania przez czyścicieli kamienic przy aktywnym wsparciu skorumpowanych urzędników i bezdusznej policji. Oboje błąkają się po zimnej, pochmurnej Warszawie z biurowcami pyszniącymi się w dalekim tle. Nie dla nich te symbole pychy. Prawdę mówiąc, nic nie jest dla nich. Ani ośrodki prowadzone przez zakonnice, ani państwowe noclegownie, ani nawet skłoty, w których brak już miejsca. Raz udaje im się przekimać tutaj, raz tam, najczęściej osobno, bo w większości miejsc obowiązuje segregacja płci. Nie mówiąc już o tym, że nie ma do nich wstępu pies Koleś, towarzyszący im w błędnej wędrówce. I na dole drabiny społecznej panuje hierarchia, w której zwierzęta zajmują zdecydowanie najniższą pozycję.

Gorzkiej ironii dodaje tej historii fakt, że matka (Agata Kulesza) była nauczycielką, zaś Marek (Grzegorz Palkowski) studiuje prawo, tak więc trudno zakwalifikować bohaterów do tzw. marginesu. Nie, nie stali się bezdomni przez alkoholizm, społeczny determinizm czy też fatum przechodzące z pokolenia na pokolenia. Jakimowski - stawiając w sytuacji ekstremalnej ludzi z tej samej warstwy, do której sam należy, a więc inteligentów - unika fatalizmu, często używanego przez „zaangażowanych” reżyserów, by prosto i łatwo wytłumaczyć problemy biedaków. To nie los jest tutaj winien, winni są ludzie sprawujący władzę - ekonomiczną i urzędniczą. A także, w domyśle, polityczną, skoro prawo pozwala wyrzucać bezlitośnie na bruk. Reżyser nie popada też w inteligencką filantropię, fałszywe współczucie, w perspektywie którego „skrzywdzeni i poniżeni” bywają egzotycznym, na swój sposób frapującym okazem z innego, gorszego świata. Ten świat to nasz świat. Jesteśmy w niego głęboko uwikłani, ponosimy tak odpowiedzialność, jak i konsekwencje. To nasz świat polski – trzeba dodać, gdy w ostatnim akcie Jakimowski wplata w fabułę autentyczne zdjęcia nakręcone w czasie Marszu Niepodległości w roku 2013 i ataku jego uczestników na skłot „Przychodnia”.

Tu kończy się ballada o tułaczce, a zaczyna coś, co nazwać należy kinem politycznym. Obraz faszystów napadających na bezbronnych ludzi przy biernej postawie policji sporo mówi o atmosferze przyzwolenia na ksenofobię i agresję. Jakimowski nie byłby jednak sobą, gdyby w tym momencie nie skierował kamery na Marka, biegnącego między rozwydrzonymi manifestantami za Kolesiem, który uciekł z oblężonego skłotu. Ta pogoń za najsłabszym i najbardziej zagubionym z bohaterów staje się aktem solidarności, zaiste międzygatunkowej. Samo zaś zakończenie filmu, wskazujące na konieczność wspólnej obrony tego, co nazywamy wolnością i godnością, stanowi deklarację, którą podsumowałbym słowami: „Outsiderzy wszystkich krajów, łączcie się!”.

Pewnego razu w listopadzie. Reż. Andrzej Jakimowski. Polska 2017. Dystrybucja Kino Świat. 92 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 684 razy

POZOSTAŁE WPISY

IDIOCI
Oparty na scenariuszu Coenów, a wyreżyserowany przez ich ulubionego aktora, George’a Clooneya, „Suburbicon” ma taki sam punkt wyjścia jak kilka innych dzieł piekielnie zdolnych braciszków (choćby... WIĘCEJ
20 listopada 2017 r.
DOBRZY LUDZIE
Urzekająca jest „oldskulowość” filmów Akiego Kaurismäki. Policjanci stukają jednym palcem na maszynie do pisania, urzędnicy używają stacjonarnych telefonów z „uwiązaną” słuchawką, obwoźny... WIĘCEJ
31 października 2017 r.
WYRAPUJ SIĘ!
Czym się różni polski film o szołbiznesie od amerykańskiego filmu o szołbiznesie? W polskim filmie po sukcesie ktoś popełni samobójstwo, w amerykańskim – po samobójstwie ktoś osiągnie sukces. Wystarczy porównać dwa... WIĘCEJ
25 października 2017 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane