Ale kino+
KINO mÓWI

Blog. ŻYCIE JAKO ŚMIERTELNA CHOROBA

26 września 2016 r.

ŻYCIE JAKO ŚMIERTELNA CHOROBA

ŻYCIE JAKO ŚMIERTELNA CHOROBA

Czy widzieliście kiedyś czarną czarno-białą europejską komedię o życiowym nieudaczniku? Tak, tak, widzieliśmy i to nie raz. Nie szkodzi. Obejrzyjmy po raz kolejny. Debiut Belga, Xaviera Serona, zatytułowany po polsku „O matko! Umrę…” to dobre antidotum (a może raczej, należałoby powiedzieć, dobra trucizna) na zgiełk i pychę rzeczywistości. Z filmu wynika bowiem, że prędzej czy później wszyscy umrzemy – mali i duzi, starsi i młodsi, ważni i nieważni. Niby nic nowego, ale od czasu do czasu warto sobie tę prawdę przypomnieć. Czyż zresztą zwycięzca festiwalu w Gdyni, „Ostatnia rodzina”, nie traktuje o tym samym, o przygotowaniach do śmierci? Wrzesień – miesiącem odchodzenia. Jeszcze ciepło, jeszcze pogodnie, ale już słońce coraz niżej, wieczory coraz chłodniejsze…

Nic tak jednak nie ożywia dzieła jak czarny humor. Ja, w każdym razie, od razu odganiam myśli letalne i śmieję się całą gębą. W „O matko! Umrę…” spazmy śmiechu wywołała we mnie scena, w której pracujący w sklepie AGD Michel (Jean-Jacques Rausin) przywozi z kolegą lodówkę do domu, gdzie właśnie opłakiwane są zwłoki kilkuletniego chłopca. Jakoś się trzeba z tym wielkim gratem przecisnąć między żałobnikami. A potem Michel, gnany potrzebą naturalną, chce skorzystać z toalety. Niestety, łazienkę okupuje, szlochając w niebogłosy, matka zmarłego. Michel nie ma więc wyjścia, musi oddać mocz pod bramą, która się rozsuwa, by przepuścić karawan. I tak to się Tanatos z fizjologią miesza.

Nasz bohater liczy 37 wiosen i czuje, że nic poza śmiercią go już w życiu nie czeka. „Robi” w sklepie, choć ambicje ma znacznie większe, właściwie to chciałby być aktorem (najbardziej lubi odgrywać właśnie sceny umierania). Nawet zatrudniają go do jednego filmu , jakiegoś horroru science-fiction, trudno jednak podejrzewać, by miało z tego wyniknąć Hollywood. Ma dziewczynę, temperamentną Aurelie, obdarzoną sporym apetytem seksualnym. Ale gdy wraca z Kambodży jej były narzeczony, ładniutki lekarz, wiadomo, że dobrze się to dla Michela nie skończy. Bo też, prawdę mówiąc, trudno naszego bohatera uznać za ideał mężczyzny. Duży, zwalisty, owłosiony wszędzie, gdzie się da, z niechlujnymi włosami, które niedługo osiągną chrystusową długość… No i z marnymi zarobkami.

Tak naprawdę, jedyna prawdziwa więź wiąże Michela z własną matką. To więź na śmierć i życie, kompleksem Edypa podszyta, z czego zresztą bohater żartuje w rozmowach z przyjacielem („Ta matka Edypa to musiała być niezła laska”). Matka miała raka, ale gdzieś się zapodział. Lekarze nie mogą go znaleźć w jej ciele. Godnie jednak celebruje własne umieranie, popijając codziennie szampana (no, ściślej biorąc, wino musujące). Gdy dowiedziała się o chorobie, postanowiła wreszcie zacząć żyć. Pojechała do Tajlandii, a po powrocie całymi dniami odkurzała mieszkanie. Wszystko na próżno. Życie się nie zaczęło. Teraz więc opiekuje się kotami (które nazywa swoimi dziećmi) i od czasu do czasu wspomina („Ach, jakim ty byłeś brzydkim niemowlęciem!” – rzuca w rozmowie z synem). Nie wstydzi się też wtulić się w potężne cielsko Michela, gdy ją nocą dręczą koszmary. To coś jak „Pianistka” Hanekego (w której matka także sypiała w jednym łóżku z dorosłą córką), nawet jeśli stężenie psychicznego sadomasochizmu jest tu łagodzone sporą dawką humoru. Każde dziecko to ofiara swoich rodziców ; ciągnie się ten łańcuch udręki od ilu już pokoleń!

Michel ma swojej matki po dziurki w nosie i obwinia ją, nie bez racji, o największą zbrodnię – dając mu życie, dała mu też śmierć. Wpada jednak w panikę, gdy pomyśli o tym, że matka mogłaby odejść. Chce w gruncie rzeczy odejść wraz z nią. Wynajduje więc sobie raka… piersi. Lekarka stwierdza jednak, że to nie guz, a zwał tłuszczu. W ostatniej, wizyjnej scenie zmienia się on zresztą w gruczoł mlekowy. Pierś Michela tryska życiodajnym płynem, on sam zaś pozuje niczym do obrazu religijnego. Tyle że zamiast Madonny z dzieciątkiem mamy miśka z kotkiem.

Egzystencjalne komedie stanowią specjalność rodaka Serona, Jaco van Dormaela, autora m.in. „Toto bohatera” i „Zupełnie Nowego Testamentu”. W „O matko! Umrę…” wyraźnie widać wpływ nie tylko starszego kolegi po fachu, ale też europejskiej tradycji absurdu. Życie jako śmiertelna choroba nęka nas, Europejczyków i aż chciałoby się kąśliwie powiedzieć, że to pewnie z winy tego dobrobytu. Co prawda, w Polsce polityka i ekonomia wciąż nie pozwalają skupić się na śmierci, nie przypadkiem więc najbardziej konkretna osoba na ekranie, kolega Michela z pracy, zwie się Darek. To on deklaruje, że jeśli zostałoby mu tylko kilka dni życia, wyszedłby na ulicę i powystrzelał wszystkich dupków. Ma już gotową listę. Bo, jak śpiewali Starsi Panowie:

W innych krajach nazywają to weltszmercem
i tabletki na to różne muszą brać.
A Słowianin z duszą czystą, rzewnym sercem,
musi na to wstać i komuś w mordę dać.

I chyba właśnie ta różnica w ekspresji bólu istnienia odróżnia nas nie tylko od Belgii.

O matko! Umrę… (Je me tue a le dire). Reż. Xavier Seron. Belgia/Francja 2016. Dystrybucja Spectator. 91 ‘

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 2333 razy

POZOSTAŁE WPISY

Dziady
Pokazywany w obecnej sytuacji społeczno-politycznej dokument Leszka Gnoińskiego i Marka Gajczaka o festiwalu w Jarocinie („Jarocin. Po co wolność”) obnaża, mimowolnie, klęskę jednego z romantycznych mitów... WIĘCEJ
8 grudnia 2016 r.
W OPARACH NOSTALGII
Bardzo mnie ciekawi, jak wygląda życie szpiegowskie w dobie portali społecznościowych i dżipiesów. Co się dzieje z tym całym tradycyjnym szpiegowskim arsenałem – kamuflażem, podwójną tożsamością, działaniem na... WIĘCEJ
29 listopada 2016 r.
TEN POCIESZNY ANIOŁ ZAGŁADY
Wygrzebałem niedawno w antykwariacie, wydany w Polsce w 1966 roku, tomik opowiadań Alberta Moravii zatytułowany „Automat”. Jedno z nich nazywa się „Rachunek” i traktuje o mężczyźnie imieniem... WIĘCEJ
24 listopada 2016 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane