Ale kino+
Cykl Bergman100
Blog. CHCIWOŚĆ
3 stycznia 2018 r.

CHCIWOŚĆ

CHCIWOŚĆ

Zdaje się, że dla polskich dystrybutorów wszystko sprowadza się do Jessiki Chastain. Czy raczej, Jessica Chastain sprowadza się do wszystkiego. W czymkolwiek zagra albo jest „Sama przeciw wszystkim”, albo toczy „Grę o wszystko”. Fakt, że zarówno u Johna Maddena, jak i w debiucie reżyserskim Aarona Sorkina (scenarzysty m.in. „Social Network”) kreuje „self-made woman”, która w pojedynkę, własną ambicją i determinacją osiąga sukces. I trwa w nim aż do momentu, gdy zaplącze się w paragrafy prawne, potknie i upadnie. Różnica jest jednak taka, że pani Sloane była zimną manipulatorką, prowadzącą swoją rozgrywkę na szczytach władzy, natomiast Molly Bloom z filmu Sorkina ma znacznie łagodniejszy charakter. Nie widać też w niej zapędów do przestawiania systemu, chce po prostu uszczknąć z niego swój kawałek tortu. Kunsztowi Chastain zawdzięczamy to, że obie te postacie nie stapiają się w jedno, mimo łączących je podobieństw. Każda z kobiet została zagrana przy pomocy innych środków wyrazu.

Sorkin, owszem, próbuje dołożyć wątek feministyczny. Mamy scenę, w której młoda Molly kpi sobie w obecności ojca, psychoanalityka, z Freuda. Natomiast już jako trzydziestopięciolatka z procesem sądowym na karku bohaterka usłyszy od tatusia, że wedle jego fachowej wiedzy chciała sterować mężczyznami sprawującymi władzę. Ale ani ona sama, ani też Sorkin nie wierzą w te rewelacje. Zdecydowanie bliższa jest im opinia samej Molly, która nazywa siebie „idealną antyżoną”. Organizuje bowiem ekskluzywne rozgrywki pokera, na których sławni i bogaci faceci mogą oddawać się namiętności do hazardu w otoczeniu seksownych, usługujących im kobiet. Biznes ten jednak nigdy – przynajmniej jeśli wierzyć bohaterce – nie przekroczył granicy stręczycielstwa. Co zresztą ciekawe, o życiu uczuciowym czy erotycznym samej Molly nie dowiadujemy się z filmu absolutnie niczego, choć mój gejdar wyczuł jakieś lesbijskie aluzje. Bloom wyraźnie oddziela prywatne od publicznego, na wieczorki karciane przygotowując „telewizyjną wersję samej siebie”. Co jednak robi po skończonej grze i zmyciu makijażu, to pozostaje głównie w sferze domysłów.

Bazujący na faktach scenariusz filmu jest adaptacją wspomnień samej Bloom, tym niemniej główna postać już samym nazwiskiem wprowadza intrygujące zachwianie realności. Molly Bloom to przecież postać z „Ulissesa” Joyce’a, która w książce snuje przepastny monolog. Podobnież i film opiera się na narracji bohaterki; uspokajam jednak tych, którzy lękają się eksperymentów, że nie jest to strumień świadomości, a typowo hollywoodzka gawęda „z dołu do góry, z góry na dół”. Ta fraza ma tutaj zresztą bardzo dosłowne zastosowanie, we wczesnej bowiem młodości Molly zapowiadała się na świetną narciarkę zjazdową (freestylową), jednak najpierw kontuzja, potem pech pokrzyżowały jej plany.

Ach, gdybyż Sorkin zachował tę dwuznaczność między prawdą a fikcją albo chociaż między subiektywną relacją a obiektywnymi faktami! Gdybyż uczynił z Molly postać nieco bardziej enigmatyczną! Lecz cóż, jesteśmy w amerykańskim filmie, tak więc o intymności bohaterki fabuła milczy, za to ze szczegółami przedstawia jej dzieciństwo w cieniu dominującego papy. To zresztą nader znamienne, bo jeśli miałbym powiedzieć, o czym traktuje „Gra o wszystko”, to rzekłbym, że o chciwości. Ale niekoniecznie o chciwości na forsę, choć, oczywiście, Molly hojnie z niej korzysta. Przede wszystkim jednak nakręca ją chciwość na znaczenie, którą wpoił jej ojciec. Najbardziej na świecie zależało mu na tym, by jego dzieci stały się kimś. Tak jak on stał się jednym z najsłynniejszych i najdroższych terapeutów (nota bene gra go Kevin Costner, a więc ktoś, kto kiedyś był znaczącym aktorem i reżyserem, potem to znaczenie stracił, a teraz próbuje je odzyskać). Owszem, w świecie „Gry o wszystko” znaczenie i pieniądze idą w parze, wszak to Stany Zjednoczone (no, u nas nie zawsze idą). Nic gorszego niż utrata znaczenia nie może cię spotkać. Jesteś wtedy jak ów, przywołany w filmie, weteran z Wietnamu żebrzący przed wejściem do metra. Straciłeś znaczenie i w dodatku nie masz go za co kupić.

O tym opowiadał też wspomniany wyżej „Social Network”. Sukces Facebooka polega przecież na tym, że dzięki niemu każdy z nas może poczuć, iż coś znaczy. Nieważne, że to coś to często mniej niż jeden lajk. Liczy się zaspokojenie złudzenia – w dodatku natychmiastowe i darmowe (przynajmniej pozornie darmowe, ale w końcu złudzenie musi trzymać się pozorów, bo inaczej przestałoby być złudzeniem).

W „Grze o wszystko” chodzi jednak o stawkę wyższą niż lajk. Molly wkracza do świata, w którym status wyznaczają bardzo konkretne i, rzekłbym, tradycyjne czynniki: ogromne pieniądze, sława, drogie alkohole, władza, siła, wreszcie także przemoc. Bohaterka wypada z niego raz po raz, ale jej chciwość jest tak wielka, że wytrwale do niego powraca. I nie łudźmy się, że ostatecznie staje się dziewczyną bez znaczenia. Skoro bowiem napisała wspomnienia, skoro zrobili na ich podstawie film, skoro zagrała ją Jessica Chastain…

A i z debiutu Sorkina chciwość na znaczenie dosłownie się wylewa. Film jest za długi, przegadany (zwłaszcza w rozmowach Bloom z jej adwokatem, granym przez Idrisa Elbę), natrętny, popisowy. Dokłada do pieca, tam gdzie należałoby nieco zmniejszyć ciśnienie (vide scena pojednania z ojcem). Morał wybrzmiewa coś ze trzy razy, wyrażony najpierw przez Costnera, potem przez sędziego, a na koniec przez samą Molly. Ja wiem, że wymagać od kina hollywoodzkiego subtelności, to jak żądać od twórców polskich komedii poczucia humoru. Ale jednak w „Social Network” Sorkin pokazał, że potrafi to i owo zostawić między wierszami.

Trochę jest więc tak, że z całego, ponaddwugodzinnego filmu zostają w głowie głównie ciekawostki (bez znaczenia?). Np. kim był ów wielce popularny aktor oznaczony jako Gracz X – perfidny mistrz pokera. Czyżby chodziło, jak głoszą internety, o - mój Boże! - Leonarda di Caprio? Tak, tak, przed tymi, którzy mają znaczenie, wciąż uginają nam się kolana, nawet jeśli to znaczenie jest czystym symulakrum.

Gra o wszystko (Molly’s Game). Reż. Aaron Sorkin. USA 2017, dystrybucja Monolith, 140’

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 775 razy

POZOSTAŁE WPISY

I PO BAJCE
Być może zastanawialiście się kiedyś, co się dalej działo z Kopciuszkiem. Czy aby na pewno żył długo i szczęśliwie. A może szybko się zaćpał na śmierć (na dworze książęcym z pewnością nie brakowało środków odurzających)... WIĘCEJ
10 lipca 2018 r.
JAK NIEDOBRZE MIEĆ SĄSIADA!
Sąsiedzkie kłótnie o mur, miedzę czy inne pierdoły mają w polskiej tradycji długą historię. Polakowi wręcz nie wypada nie być swarliwym, skoro już w szkole podstawowej zakuwa „Pawła i Gawła”, tudzież... WIĘCEJ
3 lipca 2018 r.
DIAMENTY TO NAJLEPSZY INTERES DZIEWCZYNY
Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że nawet krytycy filmowi mają prawo do odrobiny przyjemności. I to takiej przyjemnej przyjemności, czystej przyjemności, przyjemności bezinteresownej, nie zostawiającej... WIĘCEJ
27 czerwca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane