Ale kino+
Kino Mówi: Po Oscarach
Blog. CHRONICZNY BRAK TRANSGRESJI
26 marca 2018 r.

CHRONICZNY BRAK TRANSGRESJI

CHRONICZNY BRAK TRANSGRESJI

Przekroczenie jest w kinie figurą powszechną. Choć często dokonuje się tylko na pozór i w ściśle określonych granic. Ale i wtedy widz miewa poczucie, że bohaterowie wyszli z przypisanych im ról, na coś się odważyli, coś zmienili w swoim życiu – a może i w porządku świata. Na przykład, oglądam angielski film „Do zakochania jeden krok”. Jego twórcy niewzruszenie jadą po schematach komedii romantycznej, ponieważ jednak fabuła dotyczy osób w wieku emerytalnym, i to przede wszystkim kobiet, od razu odnosimy wrażenie, że jesteśmy świadkami iście rewolucyjnego przewrotu. Bo oto stateczne, wydawać by się mogło, matrony wcale nie są takie stateczne. Co więcej, jedna z nich – matka, żona, pani domu i w ogóle lady – postanawia zasadniczo przemodelować swój styl życia.

Tak, postacie filmowe ochoczo przekraczają granice takie i owakie. Alleluja i avanti! Ale nie w polskim kinie. W polskim kinie boimy się wszelkich przekroczeń. Jeśli się one dokonują, to z reguły w drugą stroną – z pozycji wiążącej się z ryzykiem i wyzwaniami w przestrzeń bezpieczną, oswojoną, w role tradycyjne i społecznie akceptowane. Weźmy niedawną komedię romantyczną, „Podatek od miłości”. Tam władcza pani inspektor urzędu skarbowego poddaje się i zaczyna śpiewać ładne jazzowe piosenki.

W polskim kinie Matka Polka zostaje Matką Polką, ojciec ojcem, ksiądz księdzem, katolik katolikiem, hetero hetero, a ukrywający się gej ukrywającym się gejem. Cierpienie pozostaje cierpieniem, tradycja tradycją, wódka wódką, rodzina rodziną... Itd. itp. Sama myśl o tym, że można by przekroczyć status quo przyprawia tak bohaterów, jak i twórców o atak paniki. To już lepiej skręcać się z psychicznego bólu, walić głową w ścianę, obalać kolejne półlitrówki, niż obalić codzienną rutynę, że o dokonaniu przewrotu nie wspomnę. Ja wiem, że ten marazm, ten stupor, ten strach… wszystko to są piętna polskiej rzeczywistości. Że tak jest, jak jest. Tautologicznie, w błędnym kole. Szkopuł jednak w tym, że filmy polskie, które wyglądają jak „samo życie”, są po prostu nudne i monotonne. Gonią za własnym ogonem. Po cóż oglądać dzieła kinematograficzne („kinematos” znaczy „ruch”, przypominam!), których bohaterowie są wyłącznie tym, co widać na pierwszy rzut oka? Nie mają nawet drugiego dna. Nie wybuchną brudnymi sekretami , jak ongiś (niestety, lata temu) wybuchło szambo w „Weselu” Smarzowskiego.

Nie staną się - świadomie, nieświadomie, z premedytacją, z konieczności, na chwilę, permanentnie… - kimś innym. Nie przekroczą niczego i nikogo, zwłaszcza siebie. A najgorsze w tym wszystkim, że najbardziej zachowawcza jest młodzież (wybaczcie, ale jako Polak jestem uparcie przywiązany do stereotypu, że młodość powinna ponad poziomy wylatywać). Oglądam różne młode polskie filmy, dzieła debiutantów – wychwalane, nagradzane – i widzę, że szczytem odwagi jest w nim troszeczkę (acz nie za bardzo) pobawić się konwencją. No, naprawdę? W 2018 roku? Wszedł teraz na ekrany film Jagody Szelc, „Wieża. Jasny dzień” zgodnie uznany przez naszą krytykę - charakteryzującą się komsomolską jednomyślnością i pensjonarskim entuzjazmem - za objawienie. Ja natomiast widzę „zaledwie” dość interesujący debiut, który stanowi zapowiedź talentu, a nie jego spełnienie.

Owszem, Szelc przeczuwa i sugeruje. Bo nadchodzi czas przesilenia, choć w którą stronę się przesili, jeszcze nie wiadomo. Na ekranie można jednak puścić wodze wyobraźni, można owo przesilenie wyprzedzić, a nawet sprowokować. Szelc nie wyprzedza i nie prowokuje. I być może domaganie się tego od niej jest przejawem patriarchalnej opresji, ale jednak nie przypadkiem początek filmu – efektowne, groźną muzyką podbite zdjęcia wielkiego miasta nakręcone z dronu – wszystkim, jak jeden mąż, kojarzą się z początkiem „Lśnienia” Kubricka. Tyle że po takim intro napięcie spada. Jakież to polskie i jakież męskie!

Ale to jeszcze za chwilę. Na razie mamy obiecujący początek. Do domu położonego w pięknych okolicznościach Kotliny Kłodzkiej przyjeżdża Andrzej z żoną Anną i siostrą Kają. Dom jest własnością drugiej z sióstr, Muli i jej męża, Michała. Powód zaś podróży to pierwsza komunia Niny. Nina – oficjalnie córka Muli – nie wie, że jej matką biologiczną jest Kaja, która zniknęła na sześć lat i nie wiadomo, co się z nią działo. Mula – typ kwoki trzymającej władzę w gospodarstwie domowym i posłusznie podporządkowującej się normom poza nim - już na wstępie poucza Kaję, co ma mówić ludziom, jak się ma zachowywać wobec Niny, a przede wszystkim, czego ma nie robić. Kaja zgadza się biernie, wręcz ulegle. Mula podejrzewa jednak, że ta bierność to jakaś niebezpieczna strategia siostry, która pragnie… No właśnie, czego? Kaja mało mówi i patrzy tak dziwnie. Za to, na przykład, opala się nago w przydomowych trawach. O co jej chodzi?

To pytanie wisi w powietrzu i podtrzymuje pewne napięcie w filmie, który składa się głównie z banalnych dialogów i trywialnych sytuacji. W zarysowanym na początku układzie nie zajdą żadne zmiany (proszę nie wyglądać, znudzony widzu, np. jakiegoś zakazanego romansu), za to Szelc często i gęsto daje znaki. A to drzewo wypuści o zmierzchu dymy, a to matka – cierpiąca na chorobę umysłu - powróci nagle do zdrowia, a to uchodźca przemierzający góry porozumie się telepatycznie z Kają, a to księdzu zaczną się plątać słowa w kościele (żeby tak jednak walnąć pięścią w ołtarz i powiedzieć: „Pierdolę, nie odprawiam!”, no to jednak nie)… Czy Kaja reprezentuje naturę przeciwstawioną kulturze, której strażniczką jest Mula? A może prawdziwą duchowość, w obliczu której duchowość pozorna, deklarowana nabiera nerwowości i wstydu? Wszak Mula na pytanie Niny, po co się idzie do pierwszej komunii, czerwieni się i bąka jakieś frazesy.

Wiele jest tropów rozrzuconych w filmie. A dokąd one prowadzą? Hm… Koniec jest zdecydowanie najsłabszy. Niejasny, oględnie poetycki, zasnuty arcypolską mgłą, w której można ukryć nie jeden wstydliwy sekret. Dzwon kościelny bije na trwogę, ale to przecież tylko kac po przyjęciu komunijnym. Nic się właściwie nie stało. Po co więc oglądaliśmy ten film?

„Wieża” jest urodziwa, lecz to tym bardziej podkreśla dwie przypadłości polskiego kina, zwłaszcza młodego. Po pierwsze, widać tu syndrom ucznia (płci dowolnej), który chciałby, żeby jego debiutancki film spodobał się szanownym profesorom z Filmówki (obawiam się, że się udało). Po drugie – swymi unikami pogłębia polską chorobę, którą nazwałbym „chronicznym brakiem transgresji”. Po ostatnich wydarzeniach w kraju myślę, że lekarstwo na nią prędzej znajdziemy na ulicy niż w kinie. Ale to już historia z zupełnie innej wieży.

Wieża. Jasny dzień. Reż. Jagoda Szelc. Polska 2017. Dystrybucja Against Gravity. Czas 106 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 870 razy

POZOSTAŁE WPISY

KONIEC PIEŚNI
Tak się złożyło, że premiera drugiej części musicalu "Mamma Mia" zbiegła się z tragicznymi pożarami w Grecji. Na wynik finansowy tej produkcji nie miało to najmniejszego wpływu, tym niemniej budzi się we mnie pewne... WIĘCEJ
31 lipca 2018 r.
MELANCHOLIA VOYEURA
Podglądanie to esencja kina. Ogromny sukces tego medium polegał przecież na tym, że ludzie wreszcie mogli podejrzeć (w dodatku bezkarnie), jak żyją inni. W obcych domach, w obcych krajach. Kino pozwoliło – dzięki... WIĘCEJ
28 lipca 2018 r.
NADZIEJA NA COKOLWIEK
Polskie tłumaczenia zagranicznych tytułów nie tylko potrafią człowieka zaskoczyć (czasami wręcz zaszokować), ale też kryją niejednokrotnie drugie dno (pierwszym jest przeważnie sam polski tytuł). Oto, na przykład, wszedł... WIĘCEJ
19 lipca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane