Ale kino+
Kino Mówi: Alegoria
Blog. DO TYCH PÓL MALOWANYCH
11 czerwca 2018 r.

DO TYCH PÓL MALOWANYCH

DO TYCH PÓL MALOWANYCH

"Zimna wojna" najlepsza jest wtedy, gdy chłodna. Gdy toczy się między tu a tam, razem a osobno. Ktoś porównał film Pawła Pawlikowskiego do „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery i, rzeczywiście, w pewnych fragmentach – ozdobionych lakonicznymi, kąśliwymi dialogami autorstwa (jak mniemam) Janusza Głowackiego – ukazuje to, o czym mówią ta i inne powieści czeskiego pisarza. „Zimną” prawidłowość emigracji, która oddala nas od miejsca, z którego przychodzimy, a nie zbliża nas do miejsca, w którym jesteśmy. Bo, owszem, można nauczyć się nowego języka, można nawet w języku nowego kraju tworzyć (tak jak Kundera, który od połowy lat 80. pisze po francusku i jak sam Pawlikowski, który przecież większość swoich filmów nakręcił w Wielkiej Brytanii), ale są rzeczy niemożliwe do przetłumaczenia. Kody kulturowe, wrażliwość, a przede wszystkim doświadczenia.

Proces utraty tożsamości dekonstruuje także to, co nazywaliśmy swoją ojczyzną. Zacierają się jej kontury, blakną emocje i uczucia, które kiedyś kierowały naszym życiem. Pojawiają się nowi ludzie, nowe problemy, nowe konteksty. Przybysze z kraju stają się zjawami z innej planety. Obcość bierze nas z dwóch stron, nie jesteśmy tak naprawdę ani tu, ani tam. Życie jest gdzie indziej. Miłość też zdaje się być gdzie indziej. Kochankowie, którzy zostali po dwóch stronach granicy, wracają do siebie i od siebie uciekają. Zmiana okoliczności oznacza zmianę warunków miłości. Te fluktuacje udało się w niektórych scenach „Zimnej wojny” uchwycić.

Najlepiej jednak płynność egzystencji przekazuje w filmie Pawlikowskiego muzyka. Najpierw, w Polsce czasów stalinowskich, muzyka ludowa, autentyczna, organiczna „awansuje” do rangi muzyki oficjalnej. Stara muzyka na nowe czasy. Rozbrzmiewa na akademiach i wiecach. Potem, w Paryżu nasze ludowe melodie – główny przecież kulturalny towar eksportowy PRL-u –przekształcają się w intymną francuską chanson i nabierają jazzowego poloru. Wreszcie, ponownie w Polsce, osuwają się w banał rozrywki przełomu lat 50. i 60. Obserwowanie ewolucji muzyki – jej metamorfoz, w trakcie których traci i zyskuje zarazem - jest dużo bardziej frapujące niż śledzenie fabuły filmu.

„Zimna wojna” bowiem wcale nie chce być ani zimna, ani chłodna. Przeciwnie, chce być gorąca. Romantyczna jak muzyka Chopina, choć przecież napisom końcowym towarzyszą wystudiowane „Wariacje Goldbergowskie” Bacha. Pawlikowski używa w fabule schematu „miłości silniejszej niż system”, a nawet „silniejszej niż śmierć”. Ale to nie brzmi. Z kilku powodów.

Po pierwsze, między aktorami nie iskrzy. Grają wyłącznie obok siebie.Tomasz Kot - w roli Wiktora, muzyka, dyrygenta, potem pianisty w paryskim klubie jazzowym – tyleż konsekwentnie, co monotonnie wciela się w zbitego psa. Z tą samą bierną uległością wobec jakiegoś niewidzialnego fatum pracuje w zespole ludowym pieśni i tańca, ucieka na Zachód, kocha, wraca do kraju... Ona – Zula (Joanna Kulig) – to z kolei „dziołcha” z ludu. Samorodny talent wokalny, dziewczyna krnąbrna, sprytna, uparta, bezpośrednia. Co jest tajemnicą ich związku, spoiwem silniejszym, jako się rzekło, od wszelkich okoliczności zewnętrznych – społecznych, politycznych, historycznych, życiowych? Nie wiadomo – ani film, ani aktorzy tej siły fatalnej przekazać nie potrafią. Bo może jej zwyczajnie nie ma, mimo iż Pawlikowski uparcie, przy pomocy nieco zgranych klisz (on starszy - ona młoda, on inteligent – ona prosta, „prawdziwi” ludzie – partyjni aparatczycy, słowiańskie dusze – francuski racjonalizm, wreszcie jakieś malownicze metafizyki zrujnowanego kościoła w epilogu) pcha historię w stronę arcypolskiej tragedii.

Idzie jednak na skróty. Druga część filmu, a zwłaszcza jego końcówka, składa się z pospiesznych, często niezbyt logicznych epizodów budujących melodramatyczny szablon. Tak naprawdę kochanką w filmie nie jest Zula, lecz Polska (nic to, że przeklęta i podbita przez komunistyczny reżim), ale ta alegoria kłóci się, choćby na poziomie fabuły, z poczuciem prawdopodobieństwa.

Łatwo zrozumieć, skąd emocjonalny ton w „Zimnej wojnie”. Pawlikowski zadedykował swój film rodzicom, imigrantom. Jego ojciec, który wyjechał z Polski z powodu antysemickiej nagonki w 1968 roku, nigdy nie mógł pogodzić się z wygnaniem. Pawlikowski natomiast opuścił Polskę w wieku 14 lat. Dorastał, zdobył wykształcenie i zawodowe szlify, osiągnął pierwsze sukcesy w Wielkiej Brytanii. Romantyczne wyznanie miłości do „tych pól malowanych” wpisuje się jednak gładko w główny nurt polskiej tradycji. I być może tylko ja jestem rozczarowany, gdyż miałem nadzieję, że ktoś, kto oglądał świat z drugiej strony, zamiast wskrzeszać dobrze znane wzruszenia, ochłodzi nieco „zimną wojną” nasze rozpalone głowy.

Zimna wojna. Reż. Paweł Pawlikowski. Polska-Francja-Wlk. Brytania 2018. Dystrybucja Kino Świat. Czas 89 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 1505 razy

POZOSTAŁE WPISY

HETERO BYWA OKEJ
O komedii Grega Berlantiego "Twój Simon" było głośno nie dlatego, że odniosła kasowy sukces (choć odniosła), ale z tego powodu, iż jest to pierwszy film rozrywkowy firmowany przez duże hollywoodzkie studio (20th Century... WIĘCEJ
19 czerwca 2018 r.
ALBO ŻYJ, ALBO UMIERAJ!
Na przekór wszystkim obiegowym opiniom, głoszącym, że kino stanowi domenę gówniarzy, weszły równocześnie na nasze ekrany dwa filmy, których bohaterami są ludzie w wieku niewątpliwie dojrzałym. Ściślej rzecz ujmując,... WIĘCEJ
30 maja 2018 r.
SAMOTNOŚĆ MONSTERKI
"Mamo, dlaczego masz takie dziwne ciało?" – pyta Marlo jej kilkuletnia córka. Marlo urodziła niedawno trzecie dziecko. Jej brzuch jest wciąż wzdęty, piersi obwisłe i pełne wyciekającego mleka, stopy spuchnięte,... WIĘCEJ
18 maja 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane