Ale kino+
PLATFORMA 45
Blog. HORROR W SOBOTNIM MULTIPLEKSIE
8 maja 2017 r.

HORROR W SOBOTNIM MULTIPLEKSIE

Krytyk filmowy jest człowiekiem oderwanym od rzeczywistości, gdyż zna ją głównie z ekranu. A w dodatku poznaje ją w okolicznościach nieco odmiennych niż tzw. zwykli widzowie. Czyli, na przykład, nie wieczorem, po pracy, ale rano, gdy organizowane są pokazy prasowe; nie w weekend, kiedy spragniony rozrywki naród najeżdża sale kinowe, lecz w dni robocze - inni obywatele siedzą wtedy obowiązkowo za biurkiem w urzędzie czy korporacji, on zaś nie mniej obowiązkowo psuje sobie wzrok w ciemnościach punktowanych ostrym światłem projektora. Trudno w takich warunkach nie stać się dziwolągiem, więc rację miał Zygmunt Kałużyński (skądinąd autor książki „Pół życia w ciemnościach”), gdy namawiał kolegów po fachu, by chodzili do kina razem z szeroką publicznością, obserwowali jej reakcje, włączali się w zbiorowe wybuchy śmiechu, strachu bądź płaczu, a nie przysypiali o poranku wraz z garstką podobnych im malkontentów.

Ja od czasu do czasu (nie, żebym za często) biorę sobie do serca rady starszych nieżyjących, toteż mam takie zrywy, że postanawiam zostać wreszcie „normalsem”. Zwłaszcza że technologia sprzyja pogłębieniu krytyczno-filmoznawczych aberracji. Dystrybutorzy coraz chętniej rezygnują z organizowania pokazów prasowych (wiążących się przecież z kosztami) i po prostu wysyłają dziennikarzom linki do stron internetowych, gdzie, po podaniu hasła, można dane dzieło obejrzeć. Człowiek-krytyk przestaje więc w ogóle wychodzić z domu, najnowsze kino zna wyłącznie z ekranu swego laptopa i, na domiar wszystkiego, przestaje się orientować, kto jeszcze oprócz niego pracuje w tym zawodzie. A może już nikt? Może został jedynym krytykiem na Ziemi?

Wiem, że nie ma się co puszyć, gdyż podobny los jest udziałem tysięcy, jak nie milionów nerdów zrośniętych całkowicie ze światłowodami. Tym niemniej, człowiek wykonujący zawód rzekomo intelektualny, powinien jednak raz po raz sprawdzić, czy istnieje jakieś życie poza Internetem, a jeśli istnieje, to jak ono wygląda. Choćby w tym celu, by móc potem napisać taki felieton, jaki ja właśnie piszę.

A więc wstałem, zgasiłem komputer, wzułem kalosze, założyłem szynel i poszedłem w sobotni wieczór do multipleksu. Nie miałem wyjścia – film, który chciałem zobaczyć, „Uciekaj!”, grali wyłącznie w multipleksach, za to aż w sześciu. Gdy tylko wyszedłem z domu, rozpętała się burza, pękła chmura i spadł tak ulewny deszcz, że byłem przemoknięty do suchej nitki, zanim doszedłem do przystanku tramwajowego. Ale na tym właśnie polega życie, nieprawdaż?

Życie to w wybranym przeze mnie multipleksie wrzało, jakby dotknęła je gorączka sobotniej nocy. Ludzi było więcej niż popcornu, mrugały jakieś lampki, strzelały automaty do coca-coli, chrupały batony z orzechami, dzwoniły komórki, pikały karty z czipami… Jednym słowem, cywilizacja. Film, na który się wybrałem, został sklasyfikowany – bo teraz wszystko musi być sklasyfikowane – jako horror, o czym dowiedziałem się wcześniej, a jakże!, z Internetu. Tym niemniej naprawdę nie byłem przygotowany na przerażenie, jakiego doznałem przy kasie, gdy usłyszałem cenę biletu. 35 złotych i 40 groszy. Powtórzę – 35 złotych i 40 groszy. Prawdę mówiąc, nie wiem, co zrobiło na mnie większe wrażenie – owo horrendalne 35 złotych czy też szydercze 40 groszy (bo dlaczego nie 60 groszy albo 37?). W takiej sytuacji człowiek docenia zalety (materialne) samotności. Bo gdybym chciał się wybrać do kina z bliskimi i jeszcze zakupić w barze prowiant, ani chybi zostawiłbym fortunę, którą mógłbym spożytkować przecież na podróż dookoła świata. Teraz rozumiem, co mają na myśli ci, którzy twierdzą, że kino przekracza granice i przenosi nas w inne wymiary.

O samym filmie „Uciekaj!” nie będę się rozwodził, gdyż wnikliwie przeanalizowała go już Małgorzata Sadowska na sąsiednim blogu. Zresztą, ostatkiem woli (a może raczej siłą bezwładu) dotrwałem do rozpoczęcia seansu, wcześniej bowiem zbombardowano moją głowę godzinną porcją reklam i zwiastunów. Zwiastun nr 1, zwiastun nr 2, reklama nr 1, reklama nr 2, zwiastun nr 3, reklama nr 457, zwiastun nr 78654… I tak bez końca. Przynajmniej wydawało się, że bez końca.

Tłum w sali gęstniał. Przybywało obywateli z popcornem i napojami gazowymi, potykali się na schodach, rozlewami colę, rozrzucali kukurydzę, piszczeli i wybuchali głośnym śmiechem. Przyciskałem do piersi swój przemoczony szynel, próbowałem palcami u nóg ogrzać wodę w kaloszach i tak jakoś dożyłem do napisów początkowych. Ale gdy tylko zaczął się film, od razu poczułem głęboką więź z głównym bohaterem, czarnoskórym chłopakiem, który wcale w weekend nie chce ruszać się z domu, jednak narzeczona zmusza go, by pojechali do jej białoskórych rodziców. Za swą dobroć (lub, jak kto woli, konformizm) Chris płaci nader wysoką cenę, choć wątpię, by wyniosła ona więcej niż 35 złotych i 40 groszy.

Na sali było zresztą zupełnie jak na ekranie. Przestronne wnętrze, duże, wygodne fotele, majętna publiczność (bo 35, 40 na łebka – przypominam)… A jednak cały czas podskórnie czuć było, że coś jest nie tak. Polscy, biali widzowie niekoniecznie sympatyzowali z czarną ofiarą i co chwila, mniej lub bardziej wyraźnie – pomrukami albo chichotami - dawali znać, że nie są zadowoleni z tego, co widzą. „- Masz ten swój rewanż!” – odezwał się za mną jakiś mężczyzna. - Twój film był beznadziejny, a ten przynajmniej trzyma w napięciu – zripostowała jego partnerka. - Chyba cię poje… - odparował, niewątpliwie dowcipnie, dżentelmen, jednak końcówkę jego wypowiedzi zagłuszył jakiś efekt dźwiękowy dochodzący z ekranu.”

Nikt jednak z kina nie wyszedł, no bo jak się płaci 35 złotych itd. za jedną osobę, to nadzieja umiera ostatnia. Zakończenie filmu przyniosło, na szczęście, serię upragnionych krwawych efektów, tak więc ze wszystkich uszyły dąsy i gazy, a po zapaleniu świateł wesołość na sali zapanowała wielka. Ja jednak nie byłem w stanie uciekać. Siedziałem jak zahipnotyzowany (przemoc hipnozy to zresztą jeden z kluczowych wątków w filmie) i właściwie mógłbym tak zostać w fotelu na zawsze ze swym wilgotnym szynelem, i oglądać na okrągło reklamy ze zwiastunami (syndrom multipleksowy?). Jednak czujni pracownicy poinformowali mnie, że za kolejną rozkosz muszę znowu zapłacić 35 złotych i 40 groszy. A następnie grzecznie odstawili do wyjścia. Deszcz krajowy wciąż padał niemiłosiernie, co pobudziło mnie do refleksji, że przyszedł czas na ciąg dalszy słynnego filmu Wojciecha Marczewskiego. „Ucieczka z (multi)kina Wolność”. Bo o „takę” wolność walczyliśmy, czyż nie?

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 9464 razy

POZOSTAŁE WPISY

KONIEC PIEŚNI
Tak się złożyło, że premiera drugiej części musicalu "Mamma Mia" zbiegła się z tragicznymi pożarami w Grecji. Na wynik finansowy tej produkcji nie miało to najmniejszego wpływu, tym niemniej budzi się we mnie pewne... WIĘCEJ
31 lipca 2018 r.
MELANCHOLIA VOYEURA
Podglądanie to esencja kina. Ogromny sukces tego medium polegał przecież na tym, że ludzie wreszcie mogli podejrzeć (w dodatku bezkarnie), jak żyją inni. W obcych domach, w obcych krajach. Kino pozwoliło – dzięki... WIĘCEJ
28 lipca 2018 r.
NADZIEJA NA COKOLWIEK
Polskie tłumaczenia zagranicznych tytułów nie tylko potrafią człowieka zaskoczyć (czasami wręcz zaszokować), ale też kryją niejednokrotnie drugie dno (pierwszym jest przeważnie sam polski tytuł). Oto, na przykład, wszedł... WIĘCEJ
19 lipca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane