Ale kino+
PLATFORMA 45
Blog. KOBIETY, KTÓRE NIENAWIDZĄ MĘŻCZYZN ALBO POSKROMIENIE ZŁOŚNICY
15 stycznia 2012 r.

KOBIETY, KTÓRE NIENAWIDZĄ MĘŻCZYZN ALBO POSKROMIENIE ZŁOŚNICY

blog picture

Bardzo przepraszam wszystkich kibiców Davida Finchera, których sporo i w naszym kraju, ale uważam, że jego najnowszy film jest wzorcowym przykładem jak z intrygującego, rewizjonistycznego i feministycznego w swej wymowie kryminału zrobić zachowawcze, męskie kino akcji. Ach ci Amerykanie! Jak oni nic nie rozumieją!

Zacząć należałoby już od tytułu, który z oryginalnego „Män som hatar kvinnor” , czyli „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” zmienił się w „The Girl with the Dragon Tatoo” - „Dziewczyna z tatuażem”, jak chce polski dystrybutor. Ale akurat tak właśnie nazywa się pierwsza część trylogii Millennium Stiega Larssona w krajach anglojęzycznych, toteż ten grzech nie obciąża sumień twórców filmu. Większe pretensje można mieć do nich o to, że w roli Mikaela Blomkvista obsadzili Daniela Craiga - obecne wcielenie fallicznego bożka popkultury, Jamesa Bonda. I tu skłonny jestem odpuścić winy, bowiem Craig nie gra Blomkvista Bondem, choć i jeden, i drugi to - w interpretacji aktora - zmęczone życiem wilczury. Ale Mikael nie pręży muskułów i nie macha giwerą. Jest w gruncie rzeczy loserem, podtatusiałym fajtłapą. Aż się pragnie, by Craig zademonstrował jednak trochę niekonwencjonalnej męskości, na którą wskazuje urozmaicone życie seksualne i lewicowy aktywizm powieściowego Blomkvista.

Listę zarzutów zacznę w takim razie od, skądinąd efektownej, czołówki, stylizowanej na czołówki serii o agencie 007, tym samym wyraźnie wskazującej, w jakim kierunku pójdzie film. Akcja gna w nim, jakby się anabolików nażarła, zaś pod nóż scenarzysty Stevena Zailliana idzie to wszystko, co mogłoby ją nieco przyhamować , a więc tak ważny w książce Larssona kontekst historyczny i polityczny. Rozważania na temat dziejów. Po pierwsze, Szwecji przesiąkniętej ksenofobią, seksizmem i szowinizmem, po drugie, zachodniej kultury - fallocentrycznej, heteronormatywnej, opartej na dyskryminacji, przemocy i kolonialnym stosunków wobec słabszych (kobiet, dzieci, mniejszości, imigrantów, ludów pozaeuropejskich itd.). Fabuła trylogii tylko tę wizję w błyskotliwy sposób ilustruje i uwiarygodnia. Tymczasem, w filmie nawet szwedzcy naziści są wyłącznie znakiem, spoiwem akcji (choć bez problemu dałoby się ich zastąpić jakimś innym gatunkiem „czarnych charakterów”), figurkami z taniego horroru. Nie domagam się, by przeznaczony dla szerokich rzesz kryminał przerabiać na wykład czy manifest, ale wysterylizowanie go z historiozofii i poglądów Larssona zmienia optykę tej opowieści. Krótko mówiąc, książka jest o patriarchacie, film jest o psychopatach. Czyli o tym, o czym traktuje większość amerykańskich thrillerów.<\p>

Taką psychopatką jest też tutaj Lisbeth Salander. Wbrew Larssonowi, twórcy pokazują ją nie jako kobietę świadomą tego, w jakim świecie, w jakiej kulturze żyje i musi walczyć o swoje, lecz jako dziewczynę z zaburzeniami, a przy okazji postać iście komiksową. Jest takie ujęcie przedstawiające Salander w bronią w ręku na tle płonącego samochodu - wygląda, jakby zostało ono wycięte z którejś części przygód Lary Croft.

Nowy film Finchera to de facto ciąg dalszy „Social Network”. Tamto dzieło opowiadało o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet i ta nienawiść jest motorem ich działania. Teraz mamy męską fantazję na temat zemsty owych kobiet (nie tylko chodzi o Salander) na owych mężczyznach. Zamiast „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” oglądamy „Kobiety, które nienawidzą mężczyzn”. Przesunięcie akcentów jest wyraźne i znaczące.

W filmie, w którym kolejne sceny następują po sobie błyskawicznie, najdłużej celebruje się sekwencje przemocy - też w zgodzie z normą amerykańskiego kina akcji. Kurator znęca się nad Lisbeth, Lisbeth bierze odwet na kuratorze etc., że o zdjęciach zabitych, a wcześniej torturowanych kobiet nie wspomnę. Seks pokazuje się za to znacznie bardziej oględnie. Ale jednocześnie ciało Salander - chude, wytatuowane, gwałcone i zgwałcone - jest na ekranie mocno seksualizowane. Rooney Mara kilkakrotnie prezentuje się nago. Ciało Blomkvista - Craiga takiej seksualizacji nie podlega. Dominuje w filmie spojrzenie heteroseksualnego faceta, którego dziwaczki i diablice w typie Lisbeth po prostu kręcą. Spójrzcie jak wygląda przestylizowana scena w klubie lesbijskim, gdzie Salander „wyrywa” dziewczynę do seksu. Toż to wizualizacja męskich marzeń o dwóch kobietach oddających się bara-bara! Choć w następnym ujęciu widz z erekcją zostaje purytańsko przywołany do porządku, gdyż obie bohaterki leżą na łóżku w majtkach.

Świadomie albo nieświadomie, twórcy filmu przyjmują punkt widzenia… wrogów Lisbeth Salander. Zwłaszcza, że narracja dąży do tego, by oswoić to dzikie zwierzątko. Poskromić złośnicę (przez cały film towarzyszyły mi skojarzenia między Salander a bohaterką utworu Szekspira, Katarzyną). A co jest czynnikiem poskramiającym? Miłość, oczywiście. W ostatnich sekwencjach (uwaga! będę trochę spojlerował!) Lisbeth najpierw staje się postacią jak z komedii sensacyjnej, a potem mięknie niczym w komedii romantycznej. Łagodnieje nawet jej wygląd - zdejmuje kolczyki, pudruje piercingi, przygładza włosy. Powiecie, że zgadza się to z fabułą książki. Poniekąd racja, ale między literą a duchem różnica bywa zasadnicza. Diabeł (w tym wypadku, raczej anioł) tkwi w szczegółach. Dodacie - i słusznie - że to adaptacja zaledwie pierwszej części trylogii. Nie wątpię, iż w filmach kolejnych, jeśli powstaną, Lisbeth jeszcze nie raz odzyska animusz, ale o jedno mogę się założyć. Koniec końców bohaterka zostanie „uczłowieczona” i zamknięta w więzieniu happy endu.

Tak sobie dumam, patrząc na „Dziewczynę z tatuażem”, że kultura popularna, sztuka masowa zawsze są i będę - mimo pozorów postępu, modernizacji, a nawet postmodernizacji - konserwatywne i normatywne. Bo przecież chodzi w nich o kasę, o przyciągnięcie widza masowego. A że w dodatku na filmy akcji chodzą, jak wiadomo, głównie mężczyźni…

Chyba że przeceniam powieść Larssona, którą miałem dotąd za ewenement - unikalne połączenie wywrotowych treści z globalnym sukcesem? Bo skoro, bez większych ingerencji w sensacyjną fabułę, tak prosto dało się ją przerobić na testosteron? Jednego filmowi Finchera nie mogę odmówić - zmusił, a nawet zgwałcił, mnie do myślenia.

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 11467 razy

POZOSTAŁE WPISY

KONIEC PIEŚNI
Tak się złożyło, że premiera drugiej części musicalu "Mamma Mia" zbiegła się z tragicznymi pożarami w Grecji. Na wynik finansowy tej produkcji nie miało to najmniejszego wpływu, tym niemniej budzi się we mnie pewne... WIĘCEJ
31 lipca 2018 r.
MELANCHOLIA VOYEURA
Podglądanie to esencja kina. Ogromny sukces tego medium polegał przecież na tym, że ludzie wreszcie mogli podejrzeć (w dodatku bezkarnie), jak żyją inni. W obcych domach, w obcych krajach. Kino pozwoliło – dzięki... WIĘCEJ
28 lipca 2018 r.
NADZIEJA NA COKOLWIEK
Polskie tłumaczenia zagranicznych tytułów nie tylko potrafią człowieka zaskoczyć (czasami wręcz zaszokować), ale też kryją niejednokrotnie drugie dno (pierwszym jest przeważnie sam polski tytuł). Oto, na przykład, wszedł... WIĘCEJ
19 lipca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane