Ale kino+
PLATFORMA 45
Blog. KONIEC PIEŚNI
31 lipca 2018 r.

KONIEC PIEŚNI

KONIEC PIEŚNI

Tak się złożyło, że premiera drugiej części musicalu "Mamma Mia" zbiegła się z tragicznymi pożarami w Grecji. Na wynik finansowy tej produkcji nie miało to najmniejszego wpływu, tym niemniej budzi się we mnie pewne poczucie dyskomfortu, gdy zestawię sobie sielsko-anielską wizję greckiej wysepki, na której rozgrywa się akcja filmu, z doniesieniami o spalonych ciałach i obróconych w popiół krajobrazach. Ale kto by tam myślał o takich smutnych rzeczach w ciągu dwóch godzin seansu wypełnionego wyłącznie ślicznymi obrazkami i melodyjnymi piosenkami ABBY, wykonywanymi – z lepszym lub gorszym skutkiem – przez jakże pięknych aktorów płci obojga, młodszych i starszych? I mniejsza z tym, że grecką wyspę zagrała w filmie wyspa chorwacka. Piękno jest, jak wiadomo, uniwersalne, zwłaszcza w hollywoodzkich produkcjach.

„Mamma Mia” nr 2 można określić mianem sielanki lub też – mniej pochlebnie – kiczu. Zrobionego z gestem, premedytacją i niejakim poczuciem humoru, które jednak pokornie ustępuje miejsca łzom wzruszenia. „Dyktatura serca” panuje tutaj niepodzielnie od pierwszej do ostatniej sceny, stereotypy (zwłaszcza te dotyczące południowej „radości życia”) hulają niczym nieskrępowane, a nagrodą za wszystko jest miłość. Miłość, miłość i jeszcze raz miłość. Ona nawet zmarłych potrafi podnieść z grobu.

Zamilknijcie więc malkontenci o zimnych sercach albo przyłączcie się do śpiewania piosenki „Super Trouper”, którą wykonuje cała obsada, gdy w tle lecą napisy końcowe. Zwłaszcza, że jak już owe napisy przelecą, to mamy jeszcze jedną króciutką scenkę, która świadczy o tym, że - przy odrobinie przekory ze strony twórców - mógł to być film zabawniejszy i znacznie bardziej kampowy. Jeśli bowiem coś mnie uwiera w ogólnie ślicznym dziele Ola Parkera, to nie fotoszopowa estetyka ale mocno konserwatywna (w przeciwieństwie do części pierwszej – wyłącznie heteronormatywna) fabuła, która kończy się w kościele (nie bardzo zresztą wiadomo, katolickim czy prawosławnym), podczas chrztu (cóż za przemoc symboliczna!), choć nic nam dotąd nie było wiadomo o tym, że bohaterki są religijne.

Wcześniej, przez prawie 120 minut, śledzimy równolegle dwa wątki. Sophie (Amanda Seyfried) przygotowuje się do wielkiego otwarcia odremontowanego hotelu, założonego przez jej nieżyjącą już matkę, Donnę. Poznajemy młodość Donny (Lily James), która w 1979 roku przybyła na wyspę Skopelos i tak się w niej zakochała, że postanowiła spędzić tu resztę życia. Zaliczyła też trzech rożnych chłopaków, w wyniku czego narodziła się właśnie Sophie. Problem, który z panów jest biologicznym ojcem dziewczyny, stał – jak pamiętamy - w centrum pierwszej części „Mamma Mia”. Najwyraźniej w 1979 roku nie znano jeszcze prezerwatyw ni tabletek antykoncepcyjnych, a może po prostu nie ma dla nich miejsca w romantyczno-idyllicznym świecie wysokobudżetowych musicali.

W każdym razie „rozpasanie” Donny nie przeniosło się na jej córkę. Bo to już nie te czasy. W latach siedemdziesiątych jeszcze pobrzmiewały echa rewolucji seksualnej, ale zaraz potem przyszedł AIDS i powiedział rozpuście „wynocha!”. Sophie jest więc grzeczna, monogamiczna i zakochana ortodoksyjnie w jednym jedynym chłopaku imieniem Sky, który akurat przebywa na stażu w Nowym Jorku. „Błędy i wypaczenia” rodziców naprawiają ich dzieci, którym ani w głowie odmienianie świata czy wywracanie własnego życia do góry nogami. Pokornie podążają dozwolonymi ścieżkami, dostarczając tym samym dowodów na tezę, że młode pokolenie jest dzisiaj mdłe, gnuśne, zachowawcze i konformistyczne. Ot, syndrom Mrożkowskiego „Tanga” w pięknych okolicznościach przyrody. Wielbicielom kampu spodoba się zapewne epizod Cher w roli wiecznej diwy z Las Vegas, która śpiewa „Can you hear the drums, Fernando?” do swego dawnego kochanka. Choć i ona, powiedzmy sobie szczerze, pojawia się na ekranie głównie w celach ekspiacyjnych jako dotąd nieobecna babcia Sophie. Ekumeniczny finał wzmocniony kościelnym entouragem czyni więc z „Mamma Mia” wysokobudżetową wersję niedawnego i niesławnego spotu promującego pewien portal internetowy. Spotu, w którym faszyści, anarchiści, geje i „zwykli ludzie” chwytają się za ręce i za serca, śpiewając polski hymn. „Braterstwo wszystkich ludzi można zbudować wyłącznie na kiczu”. Amen.

Tak, w takich sytuacjach krytycy nie mają nic do gadania. Nie będę przecież przekrzykiwać pieśni, która zawiera „wszystko, co najważniejsze”. Kwestionować jej patosu słowem ironicznym i sceptycznym.

Dlatego milknę. To ostatni wpis na tym blogu, który, decyzją wydawców, zniknie niedługo ze strony „Ale kino+”.

Tym, którzy przez 7 lat czytali moje teksty i je lubili, dziękuję za wsparcie i dyskusje. Tym, którzy czytali i nie lubili, chcę powiedzieć, że podziwiam Wasz heroizm. Tych zaś, którzy nie czytali i nie lubili, informuję, że jest już za późno, by naprawić błędy.

Dobranoc wszystkim.

I hasta mañana!

Mamma Mia! Here We Go Again. Reż. Ol Parker. Wlk. Brytania-USA 2018. Dystrybucja UIP. Czas 116 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 2476 razy

POZOSTAŁE WPISY

MELANCHOLIA VOYEURA
Podglądanie to esencja kina. Ogromny sukces tego medium polegał przecież na tym, że ludzie wreszcie mogli podejrzeć (w dodatku bezkarnie), jak żyją inni. W obcych domach, w obcych krajach. Kino pozwoliło – dzięki... WIĘCEJ
28 lipca 2018 r.
NADZIEJA NA COKOLWIEK
Polskie tłumaczenia zagranicznych tytułów nie tylko potrafią człowieka zaskoczyć (czasami wręcz zaszokować), ale też kryją niejednokrotnie drugie dno (pierwszym jest przeważnie sam polski tytuł). Oto, na przykład, wszedł... WIĘCEJ
19 lipca 2018 r.
JAK NIEDOBRZE MIEĆ SĄSIADA!
Sąsiedzkie kłótnie o mur, miedzę czy inne pierdoły mają w polskiej tradycji długą historię. Polakowi wręcz nie wypada nie być swarliwym, skoro już w szkole podstawowej zakuwa „Pawła i Gawła”, tudzież... WIĘCEJ
12 lipca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane