Ale kino+
PLATFORMA 45
Blog. MELANCHOLIA VOYEURA
28 lipca 2018 r.

MELANCHOLIA VOYEURA

MELANCHOLIA VOYEURA

Podglądanie to esencja kina. Ogromny sukces tego medium polegał przecież na tym, że ludzie wreszcie mogli podejrzeć (w dodatku bezkarnie), jak żyją inni. W obcych domach, w obcych krajach. Kino pozwoliło – dzięki swym voyeurystycznym możliwościom – przekroczyć bariery kulturowe, klasowe, obyczajowe, seksualne... Przypomnijmy sobie zresztą bezpośredniego przodka kina – fotoplastykon, który z podglądactwa uczynił zacną rozrywkę szacownych mieszczan. W fotoplastykonie trzeba się było pochylić i przystawić oko do wizjera, by ujrzeć afrykańskie plemiona lub skąpo odzianą damę. Nic więc dziwnego, że intelektualiści uznali kinematograf za wynalazek wulgarny i obsceniczny. Kulturalnym ludziom przecież nie wypada podglądać. Przynajmniej, kiedyś nie wypadało, gdyż dzisiaj dawne skrupuły i transgresje zdają się bajką z bardzo odleglej galaktyki. Rozwój technologii sprawił, że nieustannie podglądamy i jesteśmy podglądani, a co więcej, wcale nie musimy iść w tym celu do kina. Wystarczy jedno dotknięcie w smartfonie.

Kino straciło więc monopol na podglądanie i być może dlatego coraz mniej je ciekawi, jak ludzie żyją, a coraz bardziej inwestuje w fantastyczne efekty specjalne, bo pewnie tylko one jeszcze są w stanie odciągnąć widzów od aktów - naprzemiennie – ekshibicjonizmu i voyeuryzmu, jakim wielu z nas oddaje się przez cały boży dzień i dużą część diabelskiej nocy. Ale - choćby nie wiem, jak te akty stały się banalne i powszechne - wątpię, by ludzi kiedyś przestała fascynować goła baba. Czy nawet baba ubrana, byle nieco inaczej niż my. Charakterystyczne dla naszych czasów i wszystkich tych coraz bardziej ingerujących w naszą intymność wynalazków jest natomiast zacieranie się granic między obserwacją a ingerencją. Między pasywnością odbioru a aktywną manipulacją – już nie tylko obrazem, ale także żywym człowiekiem. I to manipulacją na, znaczną niekiedy, odległość.

O tym właśnie opowiada najnowszy film Kanadyjczyka, Kima Nguyena (którego „Wiedźma wojny” zdobyła parę lat temu nominację do Oscara) – „Oko na Julię”. Główny bohater, chłopak imieniem Gordon (Joe Cole o melancholijno-rozpaczliwym spojrzeniu intensywnie błękitnych oczu) rozstał się właśnie, w burzliwych okolicznościach, ze swą dziewczyną. Gordon mieszka w Detroit, nigdy nie opuszczał Stanów Zjednoczonych. Pracuje jako nocny strażnik, pilnujący robotów, które z kolei pilnują w północnej Afryce rurociągu. Roboty przypominają wielkie pająki o licznych odnóżach. Chodzą, wspinają się, strzelają, a przede wszystkim bacznie obserwują. Potrafią także gadać – co więcej, od razu tłumaczą z arabskiego na angielski i odwrotnie.

Oczywiście, nie robią (jeszcze) tego wszystkiego same. Potrzebny jest ów Gordon, jakiś strażnik w pilnie strzeżonej przez innych strażników siedzibie korporacji, który patrzy, rozmawia i działa za pomocą owych „pająków”. I tak, pewnego dnia bohaterowi udaje się zarejestrować schadzkę między arabską dziewczyną a jej kochankiem. Potem zaś odkrywa, że tę dziewczynę, którą roboczo nazywa imieniem Julia, rodzice chcą, wbrew jej woli, wydać za starszego od niej mężczyznę. A że „Julia” przypomina Gordonowi jego utraconą ukochaną, postanawia pomóc arabskim kochankom, używając w tym celu, oczywiście, dostępnej mu technologii.

Do pewnego momentu film Nguyena wywołuje dreszczyk podniecenia i grozy zarazem. Choćby podczas, na poły zabawnej, sceny, w której pająk Gordona odprowadza do domu niewidomego zagubionego wśród pustynnych skał. Mężczyzna zupełnie nie zdaje sobie sprawy, że towarzyszy mu robot, a nie żywy chłopak z nieco dziwnym akcentem. W filmie chodzi jednak nie tyle o manipulację, co identyfikację. Gordon rzutuje swój obecny stan egzystencjalny na egzotyczne tło. Czyni siebie bohaterem historii miłosnej z zupełnie innej części świata, umiejscowionej w zupełnie innych realiach kulturowych. Jest widzem, a postanawia zostać demiurgiem – ma przecież środki i możliwości, ma władzę. Chce dopisać szczęśliwe zakończenie do tego, co wydaje mu się ucieleśnioną „story” Romea i Julii.

Ale „Julia” to nie Julia, lecz Ayusza. Zaś jej kochanek to nie żaden Romeo, tylko Kaarim, który przyjmuje nielegalną i niebezpieczną robotę, by zarobić na ich ucieczkę. Jakieś światełka ostrzegawcze powinny się więc zapalić na monitorach Gordona, choćby w postaci znanych przysłów, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”, zaś w cudze sprawy nie należy się wtrącać.

Niestety, Nguyen jakby sam uległ magii zachodnich bajek. Skręca w stronę naiwnej i sentymentalnej opowiastki. Z Gordona czyni kolejnego amerykańskiego kowboja, któremu wydaje się, że zbawia świat (choć de facto poprawia jedynie własne samopoczucie). W dodatku reżyser kończy swój film… No, zgadnijcie, gdzie! Nie, nie w Weronie (wątpię, by Gordon wiedział o istnieniu takiego miasta), lecz w romantycznym Paryżu.

To więc, co zapowiadało się na „Okno na podwórze” albo „Zawrót głowy” ery dronów, zostaje rozmienione na morał za trzy grosze, że miłość zawsze zwycięża. Zwłaszcza w Paryżu. Pobrzmiewa w tym kolonialna pycha, ale nie chcę tutaj rozwijać tego wątku. Mnie jest po prostu żal rozkoszy podglądactwa. Podglądactwa, które dzisiaj zmieniło się w formę władzy. Władzy zwłaszcza nad tymi, których nie stać na wyrafinowaną technologię lub którzy zwyczajnie nie zdają sobie sprawy, że są podglądani. Pytanie, w którym momencie powinno się zamknąć oczy, wyłączyć sprzęt. Jak daleko można posunąć się w gwałceniu cudzej intymności? Kiedy trzeba się zatrzymać?

Potraficie powiedzieć kiedy? Potraficie się zatrzymać?

Oko na Julię (Eye on Juliet). Reż. Kim Nguyen. Kanada-Francja-Maroko 2017. Dystrybucja Against Gravity. Czas 96 min

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 331 razy

POZOSTAŁE WPISY

KONIEC PIEŚNI
Tak się złożyło, że premiera drugiej części musicalu "Mamma Mia" zbiegła się z tragicznymi pożarami w Grecji. Na wynik finansowy tej produkcji nie miało to najmniejszego wpływu, tym niemniej budzi się we mnie pewne... WIĘCEJ
31 lipca 2018 r.
NADZIEJA NA COKOLWIEK
Polskie tłumaczenia zagranicznych tytułów nie tylko potrafią człowieka zaskoczyć (czasami wręcz zaszokować), ale też kryją niejednokrotnie drugie dno (pierwszym jest przeważnie sam polski tytuł). Oto, na przykład, wszedł... WIĘCEJ
19 lipca 2018 r.
JAK NIEDOBRZE MIEĆ SĄSIADA!
Sąsiedzkie kłótnie o mur, miedzę czy inne pierdoły mają w polskiej tradycji długą historię. Polakowi wręcz nie wypada nie być swarliwym, skoro już w szkole podstawowej zakuwa „Pawła i Gawła”, tudzież... WIĘCEJ
12 lipca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane