Ale kino+
alekino+
Blog. O ETYKIECIE FESTIWALI FILMOWYCH
2 sierpnia 2014 r.

O ETYKIECIE FESTIWALI FILMOWYCH

Nie wiem, czy ktoś już napisał książkę poświęconą obyczajom panującym na festiwalach filmowych. Zapewne nie, bo przecież naczelna zasada festiwalowej etykiety mówi o tym, że trzeba na takich imprezach oglądać jak najwięcej filmów - bo to niby one są tam najważniejsze - a potem o nich pisać, opowiadać, nimi się ekscytować. Dlatego też relacje z Cannes, Wenecji czy Wrocławia dotyczą niemal wyłącznie tego, co zaistniało na ekranie, a nie tego, co się działo przed nim. Błąd, wielki błąd, gdyż społeczny wymiar festiwali bywa nierzadko znacznie ciekawszy od płodów imaginacji twórców filmowych. Już choćby na temat życia erotycznego kwitnącego w czasie tych, za przeproszeniem, eventów da się nie jeden „Nagi instynkt” stworzyć. Na przykład, nie dalej jak wczoraj znajomy opowiadał mi, że pewien światowej sławy reżyser, żegnając się z nim któregoś wieczoru Nowych Horyzontów, zamiast wypowiedzieć tradycyjne, staropolskie „Dobranoc” podał numer swojego pokoju hotelowego. I dzisiaj znajomy ów może się chwalić w CV, że zaliczył geniusza.

Zacznijmy od banalnej konstatacji, że każdy festiwal jest inny. Inną ma atmosferę, inne snobizmy, innymi się też zasadami rządzi. W różnych też celach się na różne festiwale jeździ. Na przykład, do Cannes jeździ się po to, by podbudować swoje ego, nawet za cenę jego cierpień. Wszystko jest tam bowiem drogie i marnie zorganizowane, z komunikacją publiczną włącznie. Obowiązuje skomplikowany system akredytacji - od najlepszych po najgorsze - więc plebs czeka w poniżeniu przed salami kinowymi, aż wejdą panowie i nierzadko musi odejść z kwitkiem, bo nie starczyło już dla niego miejsca. Ale, co tam!, każdy, kto był w Cannes i znosił te męki, chodzi potem dumny jak sam Ludwik XIV.

Są też festiwale, na które - powiedzmy sobie szczerze - jeździ się głównie po to, żeby pić. Znałem pewnego drugorzędnego aktora, który objeżdżał niemal wszystkie prowincjonalne festiwale w Polsce i nie oglądał na nich żadnego filmu. Słusznie - obejrzeć film zawsze się gdzieś da, a napić się w tych samych okolicznościach już nie. Na duże festiwale jeździ się z kolei po to, żeby bankietować. Różnica między piciem a bankietowaniem może się Wam wydać nieistotna, ale jest tak naprawdę zasadnicza. Żeby wejść na bankiet trzeba mieć bowiem specjalne zaproszenie (jego zdobycie pochłania sporo czasu i energii), a główną podczas nich czynnością jest ocieractwo o różne sławne nazwiska albo ważne osoby, które mogą nam załatwić… zaproszenia na kolejne bankiety i kolejne festiwale.

Nie chcę się zresztą zanadto wymądrzać, gdyż do wielkich bywalców festiwalowych nie należę, a z biegiem lat i ubytkiem sił należę wręcz coraz mniej. To nie są imprezy dla starych ludzi, choć pewnie Jerzy Płażewski stanowczo by zaprotestował. Nota bene, myślę, że to on powinien spisać wspomnienia swych festiwalowych wojaży (imię ich legion), sam jestem bardzo ciekaw, jak na przestrzeni dekad ewoluowały obyczaje w Cannes czy Wenecji.

Mnie w tym roku zagnało do Wrocławia na Nowe Horyzonty. Festiwal to z kilkunastoletnią już tradycją i ja tę tradycję pamiętam. Co prawda, nie było mnie na paru ostatnich edycjach, ale też dlatego z zainteresowaniem obserwuję zmiany, jakie zaszły w nowohoryzontowej etykiecie. Kiedyś, na przykład, stało się godzinami w długaśnych kolejkach, by dostać się na film. Tłum napierał, krzyczał, wykłócał się z obsługą, przeklinał, buntował się, gdy bokiem wprowadzono po znajomości jakąś personę. Można było kogoś poznać, wymienić z kimś żale i numery telefonów. Teraz obowiązuje internetowy system rezerwowania wejść na seanse, kolejki więc zniknęły, a wraz z nimi międzyludzkie interakcje. Nie, żebym tęsknił za kolejkami - są przecież koszmarem mego dzieciństwa - tym niemniej mam wrażenie, że się Nowe Horyzonty zatomizowały. Każdy siedzi wpatrzony w ekran swojego telefonu czy tabletu, zwłaszcza że jest darmowe wi-fi. Zapewne niedługo będzie można uczestniczyć w festiwalu bez wychodzenia z domu (pamiętacie Julię Roberts w „Pret-a-porter” Altmana, która pisała relacje z pokazów mody, nie opuszczając pokoju hotelowego?). Chłopcy z księgarni towarzyszącej Nowym Horyzontom zwierzyli mi się, że najlepiej sprzedają się nie żadne książki filmowe, lecz… „Niebezpieczeństwa onanizmu”. Bo każdy sobie rzepkę skrobie.

Kiedyś także atmosfera na sali była dużo bardziej ludyczna. Młodzi widzowie reagowali śmiechem, piskiem, okrzykami na dzieła nowohoryzontowe. Sceny seksu wprawiały w zakłopotanie pokrywane nerwowym rechotem, dłużyzny kwitowano złośliwymi komentarzami, błyskały telefony komórkowe wyciągane bez żenady, gdy znudziły ci się drgnienia duszy i penisa reżysera prezentowanego filmu. Od tamtego czasu jednak festiwal wykształcił i wyedukował publiczność, tak więc najstraszniejsze nawet awangardy przyjmowane są dzisiaj w skupieniu, milczeniu i nagradzane potem oklaskami. To, oczywiście, dobrze, ale brakuje mi spontaniczności i krytycznej odwagi ze strony widzów.

Mimo wszystko, nie narzekam. Czasy się zmieniają, trzeba się więc zmieniać wraz z nimi, choćby po to, by załapać się na festiwalowe życie towarzyskie i erotyczne. Bo na życie filmowe załapać się stosunkowo najłatwiej. Obiecuję, że o filmach Nowych Horyzontów napiszę następnym razem, a na razie, wybaczcie, muszę stawić czoła niebezpieczeństwom. Nie, nie onanizmu, lecz tak zwanego kina artystycznego.

Bartosz Żurawiecki


Czytano: 2212 razy

POZOSTAŁE WPISY

KONIEC PIEŚNI
Tak się złożyło, że premiera drugiej części musicalu "Mamma Mia" zbiegła się z tragicznymi pożarami w Grecji. Na wynik finansowy tej produkcji nie miało to najmniejszego wpływu, tym niemniej budzi się we mnie pewne... WIĘCEJ
31 lipca 2018 r.
MELANCHOLIA VOYEURA
Podglądanie to esencja kina. Ogromny sukces tego medium polegał przecież na tym, że ludzie wreszcie mogli podejrzeć (w dodatku bezkarnie), jak żyją inni. W obcych domach, w obcych krajach. Kino pozwoliło – dzięki... WIĘCEJ
28 lipca 2018 r.
NADZIEJA NA COKOLWIEK
Polskie tłumaczenia zagranicznych tytułów nie tylko potrafią człowieka zaskoczyć (czasami wręcz zaszokować), ale też kryją niejednokrotnie drugie dno (pierwszym jest przeważnie sam polski tytuł). Oto, na przykład, wszedł... WIĘCEJ
19 lipca 2018 r.



SZUKAJ ARTYKUŁU

miesiąc
rok
szukana fraza


Ostatnio dodane



Najczęściej czytane